Warsztaty z zachwytu

Dziś (14 marca 2026) wziąłem udział w IV Kongresie Tutorów Rodzinnych organizowanym przez Instytut Educare wraz ze Stowarzyszeniem Wspierania Edukacji i Rodziny STERNIK. Nie przegapiłem żadnego marcowego kongresu, a w tym roku – po raz pierwszy – zostałem poproszony o poprowadzenie warsztatów. Temat kongresu brzmiał „Tutor w poszukiwaniu piękna”, więc ktoś uznał, że będę właściwą osobą na właściwym miejscu.

Kongres Tutorów Rodzinnych to bardzo miłe wydarzenie, które gromadzi licznych nauczycieli ze szkół „sternikowych” (i nie tylko) z całej Polski. Choć jest to sobota, w dodatku w połowie marca (a w ŻAGLACH, gdzie pracuję, zamiast semestrów mamy trymestry i właśnie teraz skończyliśmy wystawiać oceny okresowe), nawet wśród moich kolegów z pracy znalazła się grupa chętnych zapaleńców. Mówię z pewnym przekąsem „nawet”, bo w męskim gronie znalezienie entuzjazmu do poświęcenie weekendu na „pracę” (rozwój zawodowy) graniczy z heroizmem. W dodatku od dobrych kilku lat samo słowo „szkolenie” wywołuje wśród niektórych moich przyjaciół grymas zniechęcenia, wręcz obrzydzenia. Trochę się im nie dziwię, skoro pracuję w tym zawodzie już kilkanaście lat, czyli wiele szkoleń za mną.

Dlatego tym większą miałem tremę w związku z wystąpieniem, jakie sobie wymyśliłem na dziś i któremu dałem prowokacyjny tytuł „Zachwyt – kompetencja przyszłości”. A było to moje pierwsze szkolenie w życiu w roli prowadzącego. Czy w ogóle zachwyt da się przećwiczyć w formie warsztatowej? W dodatku nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłem slajdy w programie PowerPoint. Ci, którzy mnie długo znają (dotyczy to w większej mierze najstarszych uczniów niż kolegów), wiedzą, że lubię pracować z konkretnymi fragmentami tekstów, ale na ogół jestem improwizatorem. Tymczasem tu zostałem zmuszony do selekcji i ścisłego uporządkowania myśli w toku linearnym – to doświadczenie „skrępowania” bardzo dobrze mi zrobiło i pomogło znaleźć jeszcze inne powiązania między ideami, z których nie zdawałem sobie dotychczas sprawy.

Zanim przejdę do tego, co się stało na moich warsztatach, powiem dwa słowa o wykładzie wprowadzającym. Było to dość niezwykłe wystąpienie. Barbara Janyga, dyrektor metodyczny Centrum Edukacyjno-Artystycznego Fabryka Talentów, Prezeska Fundacji Przy Sobie oraz ekspert Instytutu Educare, wygłosiła wykład wprowadzający pod dość ogólnym tytułem „Piękno w edukacji”. Niby nic szczególnego tam nie zostało powiedziane, ale w pewnym momencie zacząłem gorączkowo notować. W czasie przerwy kawowej zagadnąłem do kolegów z pracy (samych mężczyzn!) – ich opinie były dość… średnie, podczas gdy ja wyszedłem oczarowany. Jak to wytłumaczyć? Basia pracuje na emocjach i czuciu, ma też wiedzę psychologiczną – dobór słów i stylu wypowiedzi niewątpliwie odzwierciedlał kobiecą wrażliwość. Nie ulega jednak wątpliwości, że była to znakomicie przygotowana wypowiedź – do tego wygłoszona przepiękna polszczyzną, i to bez kartki! Może co prawda ja też bym może skrócił to wystąpienie o połowę (do „konkretów”). Niemniej – ponieważ od tygodnia intensywnie przygotowywałem się do moich warsztatów, które dotyczyły z grubsza tego samego tematu – słuchając Basi, mogłem na bieżąco odcedzać od może odrobinę pretensjonalnego stylu autentyczne perełki. Nie wynikały one z czystego psychologizowania, ale z głębokiej refleksji i modlitwy (naprawdę, dało się to odczuć). Kilka razy nawet się złapałem na myśli „ej no, do tego mieliśmy dojść sami na moich zajęciach”.

Co mnie takiego zachwyciło w jej wykładzie? Niby oczywiste oczywistości: przychodzę do pracy przede wszystkim jako człowiek i jako człowiek zderzam się z innymi ludźmi, ich problemami i oczekiwaniami. Kiedy na spotkanie tutoringowe przychodzi do mnie rodzina z jakimś wyzwaniem, tak naprawdę przychodzi nie do mnie, ale dla mnie. Niby niewielka zmiana o charakterze czysto językowym, ale zmieniająca perspektywę. Jeżeli w trakcie takiego spotkania (lub innych doświadczeń) przychodzą niełatwe emocje, jest to paleta barw podarowana nam od Boga, by z nią potem popracować i stworzyć nowe arcydzieło. I takich kilka myśli, które przemyciłem potem w części warsztatowej. Zdaję sobie sprawę z tego, że wyrwane z kontekstu pachną banałem i tandetą, ale tak to już jest – celowo nie chcę zdradzić całego wywodu (kto nie był, nie wie, jak dużo stracił):

Spojrzeć życzliwie i szczerze najpierw na siebie. Być dla siebie życzliwym, ale szczerze – to jest klucz i tu jest piękno.

Jeśli czegoś nie widzę, to znaczy, że stoję za blisko lub za daleko. 

Piękna nie trzeba szukać – trzeba je zobaczyć.

A u mnie? Nie mogę wypowiadać się o innych warsztatach, ponieważ nie brałem w nich udziału. My dotknęliśmy definicji zachwytu, badań naukowych itp., ale to wszystko można sobie przeczytać tutaj. Natomiast sam dowiedziałem się niezwykłych rzeczy, chociażby z wypowiedzi uczestników zebranych w Mentimeterze. Gdy trzeba było określić zachwyt jednym słowem, jeden z uczestników napisał dość nietypowo: „celowość” (zastanawiam się nad tym do teraz). W drugiej grupie – bo każdy prowadził swój warsztat dwa razy – zachwyt został nazwany przez kilka osób jako „uniesienie”. Od razu skojarzyłem to z wyrazem „odpowiedzialność”, czyli „responsabilitas” („pondus rei”, czyli ciężar rzeczy). Zachwyt pozwala bowiem znaleźć właściwą miarę w odpowiedzialności, a zarazem tę odpowiedzialność unieść, dając nam skrzydła.

Zachwyt nie tylko unosi nas w wymiarze horyzontalnym (ku górze), lecz także przenosi w czasie do prapoczątków, momentu stworzenia świata, pierwotnej harmonii przed grzechem pierworodnym i wieżą Babel, czyli do pierwotnych sensów i znaczeń pojęć. Być może dlatego tym bardziej – myśląc „przyszłościowo” – należy wracać do wielkich, starożytnych opowieści o heroizmie, odwadze i lojalności? Uczyć się języków starożytnych? Ja byłbym bardzo za.

Krótkie ćwiczenia z interpretacji dzieł sztuki potwierdziły moją tezę zarysowaną już chociażby tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj, że przypowieści, toposy i motywy będą zawsze otwarte na coraz to głębsze i głębsze interpretacje oraz aktualizacje. A gdy naprawdę spotkamy się z dziełem sztuki czy oszałamiającym pięknem natury (lub kimś szlachetnym), zrozumiemy, że rzeczywistość, która nas otacza, nie jest czarno-biała ani nie sprowadza się do oczywistych schematów – nigdy jej nie zgłębimy w pełni, czyli też nigdy nad nią nie zapanujemy. I bardzo dobrze.

Zdradzam tylko tyle. Warsztat (jak każda moja lekcja, o co się staram) to przeżycie, którego nie da się zrekonstruować ani „spisać z zeszytu”. Na koniec tylko wrzucę taką myśl: ileż to razy orientujemy się, że żyjemy na podobieństwo maszyny (efektywność, efektywność i jeszcze raz efektywność) lub na podobieństwo dzikiego zwierzęcia, które ma opanować terytorium i walczy z innymi o przetrwanie, zamiast po prostu żyć na podobieństwo Boże?

No i absolutnie obowiązkową lekturą, która pomaga zrozumieć, dlaczego zachwyt jest czymś niezbędnym do naszego funkcjonowania, jest Odpoczynek i kult Josefa Piepera. Dlaczego „odpoczynek” jest ważny oraz co ma do zachwytu (i naszej pracy)? Jak to pojęcie należy właściwie rozumieć? Na to pytanie musi sobie każdy sam odpowiedzieć po uważnym, kontemplatywnym przeczytaniu tej książki. Dla mnie ona była początkiem zmiany podejścia do pracy i życia w ogóle. Jeżeli więc ktoś chciałby, żebym poprowadził jeszcze taki warsztat (a jestem otwarty, by go powtórzyć i wzbogacić) – niech najpierw przeczyta Piepera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na moją stronę internetową i prowadzenie statystyk odwiedzin.