Cierpienie, cierpienie, cierpienie. Wojna, wojna, wojna. Totalitaryzm, totalitaryzm, totalitaryzm. Beznadzieja, beznadzieja, beznadzieja. Tak określiłbym sporą część kanonu lektur z wieku XX, którą maturzysta musi opanować przed swoim egzaminem dojrzałości. Dojrzałości, czyli – wreszcie – realizacji marzeń i ideałów, przekonania o tym, że mam realny i pozytywny wpływ na rzeczywistość. A na „egzaminie dojrzałości” trzeba często opowiadać o klęsce człowieczeństwa i bezsensownym cierpieniu. Gdzie tu logika?
Cierpieć, cierpieć i jeszcze raz cierpieć. Można odnieść wrażenie, że – im bliżej ukończenia nauki w liceum – tym piękno chowa się coraz głębiej, by ustąpić miejsca złu, brzydocie i dojmującej beznadziei. Do matury ustnej trzeba znać na przykład taki oto fragment, ponieważ idealnie wpasowuje się do tematu jawnego, który brzmi: „Człowiek zlagrowany” jako ofiara zbrodniczego systemu. Omów zagadnienie na podstawie utworu Proszę państwa do gazu Tadeusza Borowskiego. W swojej odpowiedzi uwzględnij również wybrany kontekst.
— Słuchaj, Henri, czy my jesteśmy ludzie dobrzy?
— Widzisz, przyjacielu, wzbiera we mnie zupełnie niezrozumiała złość na tych ludzi, że przez nich muszę tu być. Nie współczuję im wcale, że idą do gazu. Żeby się ziemia pod nimi wszystkimi rozstąpiła. Rzuciłbym się na nich z pięściami. Przecież to jest patologiczne chyba, nie mogę zrozumieć.
— Och, wprost przeciwnie, to normalne, przewidziane i obliczone. Męczy cię rampa, buntujesz się, a złość najłatwiej wyładować na słabszym. Pożądane jest nawet, abyś ją wyładował. To tak na chłopski rozum, compris? — mówi nieco ironicznie Francuz, wygodnie układając się pod szynami. — Patrz na Greków, ci umieją korzystać! Żrą wszystko, co im pod rękę wlizie; przy mnie zjadł jeden słoik marmolady.
— Bydło. Jutro połowa z nich zdechnie na sraczkę.
— Bydło — powtarzam zawzięcie. Zamykam oczy, słyszę krzyki, czuję drżenie ziemi i parne powietrze na powiekach. W gardle zupełnie sucho.
Mało? To może przenieśmy się daleko na północny wschód. Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego omawia się we fragmentach, które można dowolnie wybierać, ale każdy licealista przeczytał (albo co najmniej usłyszał) o Kostylewie. Wiemy o jego „heroicznym” samookaleczaniu i samobójczej śmierci w imię wierności idei, że „nigdy nie będzie dla nich pracował”. Ale jego wola hartowała się już wcześniej chociażby przez takie doświadczenia:
Skatowany do utraty przytomności, bity na nowo po otrzeźwieniu wiadrem zimnej wody, z oczami ledwie widzącymi przez szpary w plastrze zakrzepłej krwi i ustami obrzękłymi od poszarpanych dziąseł i chwiejących się zębów – Kostylew nie przyznawał się do winy z uporem, który rósł w miarę, jak potęgowały się zadawane mu cierpienia. Jakże skomplikowanym i nieobliczalnym mechanizmem jest organizm ludzki! To prawda, że istnieje w nim pewna określona granica wytrzymałości, ale przekroczywszy ją trzeba się liczyć tyleż samo z załamaniem, co z nieoczekiwanym buntem, który jest formą znieczulenia in extremis. Stan trwałego otępienia, spowodowany przerwaniem pierwszej linii oporu fizycznego i zmiażdżeniem wszystkich gniazd, które wraz z bólem emitowały rozkaz poddania się, kończy się zazwyczaj zupełnym paraliżem woli i zwichnięciem kręgosłupa, równie teraz bezużytecznego, jak przetrącony patyk w szmacianej kukle; ale bywa niekiedy i tak, że zdrętwiały od bicia organizm powtarza machinalnie ostatnie zapamiętane wysiłki broniącej się rozpaczliwie świadomości, niby odruchy warunkowe ciała pogrążonego już w agonii. Kostylew pamiętał tylko jedno: że cedził z zaciekłą determinacją przez zaciśnięte kurczowo zęby,,jestem niewinny, nie byłem nigdy szpiegiem”. Zemdlał – tym razem na długo – w chwili, gdy krzyknąwszy po raz ostatni „nie”, poczuł, jak od konwulsyjnego skurczu szczęk ustępują nagle przednie zęby, i dusząc się „wypluł je wraz z falą ciepłej krwi i wymiotów, która przedarła się przez zatkany przełyk i bluznęła na ścianę jak nafta z przewierconego szybu. Poczuł pewną ulgę i pogrążył się w ciemności. To go uratowało. Gdy ocknął się po paru dniach w szpitalu więziennym, był już umyty i zabandażowany.
Piękne i wzniosłe, prawda? Ponieważ sam tuż przed trzydziestką straciłem górną jedynkę i dwójkę, upadając na rowerze, dostaję mdłości na sam widok tego akapitu. No to jeszcze otwórzmy Rok 1984 Orwella. Pamiętamy, jak w pokoju 101 w Ministerstwie Miłości (żeby nie powiedzieć: „w końcówce książki”) O’Brien torturował Winstona tym, czego Winston najbardziej się bał – szczurami. Zanim to jednak nastąpiło (i zanim czytelnik odkrył prawdziwe oblicze O’Briena), wysłuchaliśmy takiego wykładu:
— W jaki sposób człowiek pokazuje, że ma władzę nad innym człowiekiem?
— Poprzez zadawanie cierpienia.
— Dokładnie. Poprzez zadawanie cierpienia. Posłuszeństwo nie wystarczy. Jeśli człowiek nie cierpi, skąd możesz wiedzieć, że podlega twojej woli, a nie własnej? Władza polega na zadawaniu bólu i poniżaniu. Na rozbijaniu ludzkich umysłów na kawałki i układaniu tych fragmentów na nowo, zgodnie z własnymi preferencjami. Zaczynasz wreszcie rozumieć, jaki świat budujemy? Jest on dokładnym przeciwieństwem kretyńskich, hedonistycznych utopii, które wyobrażali sobie dawni reformatorzy. To świat przepełniony strachem, zdradą i cierpieniem, w którym ludzie depczą innych i zostają przez nich podeptani, i który w miarę doskonalenia się będzie się stawał nie mniej, a bardziej okrutny. Postęp w naszym świecie oznacza coraz więcej bólu. Dawne cywilizacje deklarowały, że opierają się na miłości czy sprawiedliwości. Nasza bazuje na nienawiści. W naszym świecie nie będzie innych emocji poza strachem, wściekłością, rywalizacją i samoponiżeniem. Wszystko inne zniszczymy, wszystko. Już teraz eliminujemy nawyki myślowe sprzed Rewolucji, które jeszcze przetrwały. Przecięliśmy więź łączącą dziecko z rodzicami, mężczyznę z kobietą, człowieka z człowiekiem. Już nikt nie ma odwagi zaufać żonie, dziecku czy przyjacielowi. A w przyszłości nie będzie żon ani przyjaciół. Dzieci będziemy odbierać matkom zaraz po urodzeniu, tak jak zabiera się jajko od kury. Wykorzenimy popęd seksualny. Prokreacja stanie się odbywaną raz w roku formalnością, taką jak przedłużenie kartek na towary. Zlikwidujemy orgazm. Nasi neurolodzy już nad tym pracują. Nie będzie istniała żadna lojalność, poza lojalnością wobec Partii. Żadna miłość, poza miłością do Wielkiego Brata. Nie będzie śmiechu, poza śmiechem triumfu nad pokonanym wrogiem. Nastąpi koniec sztuki oraz literatury. I nauki. Staniemy się wszechwładni, zatem nie będziemy jej potrzebowali. Zniknie różnica między pięknem i brzydotą. Umrze ciekawość, zginie radość życia. Zlikwidujemy wszelkie istniejące przyjemności. Zawsze jednak, nie zapominaj o tym, zawsze będzie istniało upojenie władzą, coraz większą, coraz bardziej wyrafinowaną. Zawsze, w każdym momencie, będziemy odczuwać rozkoszny dreszcz zwycięstwa, to uczucie, kiedy depcze się pokonanego wroga. Jeśli chcesz wyobrazić sobie przyszłość, wyobraź sobie bucior miażdżący ludzką twarz. Wiecznie!
Te trzy przykłady wystarczą, żeby nawet zdrowy, młody człowiek zaczął mieć wątpliwości co do sensu życia, ponadczasowości prawdy, dobra i piękna, a nawet co do własnego zdrowia psychicznego. Oczywiście, celowo przejaskrawiłem to zestawienie, ponieważ zwłaszcza Gustaw Herling-Grudziński występuje w obronie człowieczeństwa i zachwycają go przykłady heroizmu pomimo wszystko, jak chociażby owych trzech sióstr zakonnych z Węgier przetrzymywanych w Jercewie, które zapłaciły najwyższą cenę za odmowę „służenia szatanowi”. Jednak pozostałe dwie lektury pozostawiają, szczególnie u uważnych i wrażliwych czytelników, ślad tak mocny, że potrzebne jest solidne antidotum. W przypadku Roku 1984 zaproponowałem przykład pewnego „męczennika z Czechosłowacji”. Cynizm i nihilizm narratora opowiadań Borowskiego można by zrównoważyć Wspomnieniami wojennymi Karoliny Lanckorońskiej lub świadectwem Wandy Półtawskiej, którą miałem szczęście osobiście poznać w jej mieszkaniu w Krakowie w czerwcu 2023 roku (i do dziś jestem pod wrażeniem siły tego świadectwa). Jest jednak taka książka, która powinna – moim zdaniem – obowiązkowo znaleźć się w kanonie lektur polonistycznych. To Człowiek w poszukiwaniu sensu Viktora Frankla.
O Franklu oraz opracowanej przez niego metodzie logoterapii napisano już bardzo wiele. Znam nawet co najmniej dwie osoby, które – będąc po czterdziestce tudzież pięćdziesiątce oraz mając ustabilizowane życie rodzinne i zawodowe w zupełnie innych sferach niż psychologia czy psychoterapia – realizują kurs logoterapii, aby samemu się rozwinąć i pomagać innym. W tym miejscu chciałbym przytoczyć dłuższy fragment Człowieka w poszukiwaniu sensu (przeł. Agnieszka Wolnicka, Warszawa 2024, s. 108-111), który – jak to mówią – komentuje się sam oraz stanowi (przynajmniej dla mnie) balsam kojący rany zadane przez te sugestywne i brutalne obrazy z kanonu lektur.
Podejmując próbę analizy psychologicznej i psychopatologicznego wytłumaczenia charakterystycznego stanu umysłu więźnia obozu koncentracyjnego, liczyłem się z tym, ze czytelnik może odnieść wrażenie, jakoby człowiek był całkowicie i w sposób nieunikniony zależny od swojego otoczenia (w tym wypadku przez otoczenie należy rozumieć specyfikę życia obozowego, która zmuszała więźnia do dostosowywania swoich zachowań do określonych wzorców). A co z wolnością człowieka? Czy nie istnieje coś takiego, jak wewnętrzna wolność w odniesieniu do naszych zachowań i wyborów w danej sytuacji? Czy prawdziwa jest teoria, zgodnie z którą człowiek nie jest niczym więcej, jak tylko produktem rozmaitych uwarunkowań, zarówno natury biologicznej, jak i psychologicznej czy socjologicznej? Czyżbyśmy byli jedynie wypadkową tych czynników? I wreszcie, co najważniejsze, czy reakcje więźniów na osobliwy świat obozu koncentracyjnego rzeczywiście świadczą o tym, że człowiek nie jest w stanie wyzwolić się spod wpływu swojego otoczenia? Czy to znaczy, że w obliczu pewnych okoliczności nie mamy swobody decydowania o własnym postępowaniu?
Na powyższe pytania można odpowiedzieć zarówno na podstawie własnych doświadczeń, jak i czysto teoretycznie. Doświadczenia życia obozowego wyraźnie pokazują, że człowiek ma wolność wyboru tego, jak postępuje. Istnieje wystarczająco wiele przykładów, często niezwykle heroicznych, będących dowodem na to, iż apatię można było przezwycięzyć, a rozdrażnienie opanować. Człowiek może zachować resztki wewnętrznej wolności, niezależności myśli, nawet w warunkach tak koszmarnego psychicznego i fizycznego stresu. My, którzy byliśmy więzieni w obozach koncentracyjnych, dobrze pamiętamy ludzi wędrujących od baraku do baraku, pocieszających towarzyszy niedoli, ofiarujących im ostatni kawałek chleba. Nie byto ich zbyt wielu, lecz stanowią wystarczający dowód na to, że człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru własnej drogi. Wyborów zaś trzeba było dokonywać bez przerwy. Każdy dzień, każda godzina stwarzały możliwość podejmowania decyzji – decyzji, od których zależało, czy człowiek ulegnie siłom mającym władzę pozbawić go własnego „ja”, jego wewnętrznej wolności; które rozstrzygały, czy stanie się igraszką w rękach losu, czy wyrzeknie się wolności i godności, pozwalając się wtłoczyć w schemat zachowań typowego więźnia. Widziane z tej perspektywy psychiczne reakcje więźniów obozu koncentracyjnego muszą wydawać się czymś więcej niż tylko wyrazem pewnych fizjologicznych i socjologicznych uwarunkowań. Jeśli nawet takie okoliczności, jak niedobór snu, niedożywienie oraz różnego rodzaju stresy, mogłyby świadczyć o tym, że więźniowie zmuszeni byli reagować w określony sposób, w ostatecznym rozrachunku staje się jasne, że to, jakim człowiekiem więzień się stawał, było wynikiem wewnętrznej decyzji, a nie tylko efektem wpływów obozowej rzeczywistości. Zasadniczo zatem każdy człowiek jest w stanie – nawet w tak skrajnych okolicznościach – decydować o tym, kim się stanie, zarówno pod względem psychicznym, jak i duchowym. Innymi słowy, nawet w obozie koncentracyjnym można zachować ludzką godność. Dostojewski powiedział kiedyś: „Tylko jednego się obawiam: że nie okażę się godny swojego cierpienia”. Słowa te często przychodziły mi na myśl, gdy zapoznawałem się z losami obozowych męczenników, których postępowanie, cierpienie i śmierć stanowiły żywy dowód tego, że człowiek nie może utracić ostatniej ze swych wewnętrznych swobód. Można powiedzieć, że ludzie ci okazali się godnymi swego cierpienia; to, jak je znosili, było prawdziwym duchowym osiągnięciem. Bo przecież to właśnie nasza wewnętrzna wolność, której nikt nam nie jest w stanie odebrać, nadaje życiu sens i znaczenie.
Aktywne życie daje człowiekowi możliwość realizowania swoich wartości poprzez kreatywną pracę, a bierna umiejętność odczuwania przyjemnych doznań pozwala mu odnaleźć spełnienie poprzez doświadczanie piękna, sztuki lub natury. Gdyby jednak odrzeć ludzkie życie z wszelkiej kreatywności i przyjemności, pozostanie w nim jeszcze jedna wartość, dopuszczająca jedynie zachowania najwyższej moralnej próby; wartością tą jest mianowicie nastawienie człowieka do własnej egzystencji – egzystencji podlegającej zewnętrznym ograniczeniom. Przebywającemu w obozie człowiekowi odbiera się możliwość prowadzenia twórczego, aktywnego życia, jak również pozbawia się go szans czerpania z życia przyjemności. Ale nie tylko życie kreatywne i polegające na bogactwie doznań ma sens; skoro życie jako takie ma jakikolwiek sens, wówczas musi mieć go również cierpienie. Ludzka egzystencja nie jest bowiem kompletna bez cierpienia i śmierci.
To, w jaki sposób człowiek akceptuje swoje przeznaczenie i cierpienie, jakie ono z sobą niesie, to, w jaki sposób bierze na barki swój krzyż, może być dla niego – nawet w najtrudniejszych chwilach – wyjątkową okazją do pogłębienia sensu własnego życia. Może bowiem wbrew wszystkiemu zachować odwagę i bezinteresowność albo walcząc zaciekle o przetrwanie, zapomnieć o swojej ludzkiej godności i zniżyć się do poziomu zwierzęcia. Człowiek może zatem wykorzystać szansę, jaką daje mu życie i wzrastać moralnie na przekór temu, co się z nim dzieje, ale może też ją odrzucić. Jego decyzja świadczy zaś o tym, czy jest godzien swojego cierpienia, czy nie.
Cierpienia i śmierci nie unikniemy – są to bolesne i niewyrażalne tajemnice. Rzeczywistości te same w sobie nie mają sensu, czyli można doświadczyć ich, zupełnie nie napełniając ich (ani nas samych) treścią. Dla Frankla najistotniejszy jest więc sens (s. 151-152):
Poszukiwanie sensu stanowi podstawową motywację w życiu człowieka, a nie jedynie „wtórną racjonalizację” instynktownych popędów. Sens ów jest unikatowy i wyjątkowy, ponieważ człowiek sam jeden tylko może i musi go wypełnić; jedynie w ten sposób zrealizowana zostanie jego wola sensu. Choć niektórzy psychologowie utrzymują, że sens i wewnętrzne wartości to nic innego, jak zwykłe „mechanizmy obronne, reakcje pozorowane oraz przejawy sublimacji”, to jeśli o mnie chodzi, nie byłbym gotów żyć dla samych „mechanizmów obronnych”, podobnie jak nie miałbym ochoty umierać za swoją „reakcję pozorowaną”. Człowiek zaś zdolny jest przecież żyć dla swoich ideałów i wartości, a nawet za nie umierać!
Co jest tym ideałem i wartością, dla którego warto umrzeć? Ideał Michaiła Kostylewa, czy może św. Maksymiliana Marii Kolbego? Pamiętamy historię z ostatnich chwil ks. Józefa Tischnera, który – już nie mogąc mówić – podał Jarosławowi Gowinowi karteczkę z napisem „nie uszlachetnia”. Chodziło o cierpienie. Jak to możliwe, że umierający kapłan katolicki zaprzecza „świętości” przysłowia przekazywanego przez kolejne pokolenia? Czy to jawne bluźnierstwo, negacja Ewangelii?
Oczywiście, że nie. Dziś byśmy powiedzieli: trzeba te słowa poddać fact-checkingowi, a mówiąc bardziej po staroświecku – osadzić te słowa w odpowiednim kontekście, czyli po prostu wykazać się myśleniem krytycznym. Słowa te rozwinął ks. Józef Tischner w swoim ostatnim artykule zatytułowanym Miłość opublikowanym przez Bożym Narodzeniem roku 1999. Przyjrzyjmy się jego fragmentowi:
Kiedy miłość polepsza samą siebie? Czy wtedy gdy potrafi ponieść coraz więcej ofiar dla siebie? Wytrzymać większy krzyż? Stać się miłością Hioba? Modlitwą na gnoju istnienia?
To wielkie nieporozumienie. Już Norwid przed nim przestrzegał, gdy mówił o prawdziwym postępie miłości. Postęp prawdziwy miłości nie polega na tym, żeby było więcej krzyża, ale na tym, żeby było więcej mądrości. „Cała tajemnica postępu ludzkości zależy na tym, aby coraz więcej stanowczo, przez wcielanie dobra i rozjaśnianie prawd, broń największa, jedyna, ostateczna, to jest męczeństwo, uniepotrzebniało się na ziemi” (C. Norwid, „Promethidion. Epilog, VII”).
Do prawdy dochodzi się rozmaitymi drogami. Przyznajmy, że są takie prawdy, do których dochodzi się również poprzez męczeństwo. Jedną z takich prawd jest prawda, że cierpiąc, cierpimy z Chrystusem. Nie żyjemy dla siebie i nie umieramy dla siebie. Czy żyjemy, czy umieramy, należymy do Boga (święty Paweł). Dzięki temu odkryciu możemy mieć udział w Boskiej godności cierpienia. Niemniej nie cierpienie jest tutaj ważne. Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość.
A więc prawdziwy sens jest w miłości. Sens (Logos) – w Miłości. Jednak nie usuwa ani nie wyklucza to bólu, a nawet buntu wobec – słusznego skądinąd – poczucia niesprawiedliwości. Przecież już Jan Kochanowski w Trenach pokazał, jaką niedorzecznością jest konieczność pogodzenia się ze stratą własnej córki.
Skoro codziennie czerpię inspirację z powolnej lektury Siedmiopiętrowej góry Thomasa Mertona, wczoraj znowu natrafiłem na fragment idealnie wpasowujący się w tę kwestię. Oto Merton-licealista, którego matka nie żyje już od kilku lat, za chwilę straci ojca, który niewyobrażalnie cierpi z powodu guza mózgu. Podczas jednej z ostatnich wizyt w szpitalu, podczas której zobaczył ojca jeszcze żywego, syn doświadczył wstrząsu, z którego – po kilkunastu latach – wysnuł taką refleksję (s. 95):
Boleść z powodu takiej jego bezsilności przywaliła mnie nagle jak góra. Byłem nią zdruzgotany. Oczy napełniły mi się łzami. Nikt nie powiedział już ani słowa.
Ukryłem twarz w kołdrze i zacząłem szlochać. A biedny ojciec także plakał. To było rozdzierająco smutne. Byliśmy zupełnie bezsilni. Nikt nie mógł tu nic pomóc.
Kiedy wreszcie podniosłem się i otarłem łzy, zauważyłem, że służba szpitalna obstawiła łóżko parawanami. Bytem jednak zanadto nieszczęśliwy, ażeby się zawstydzić swoich tak nieangielskich objawów smutku i przywiązania. A wkrótce odeszliśmy.
Co mogłem uczynić wobec tak wielkiego cierpienia? Ani ja, ani nikt z rodziny nie miał możności przezwyciężenia go. Była to otwarta rana, na którą nie można znaleźć ulgi. Trzeba było poddać się jej jak zwierzę. Byliśmy w takim położeniu, w jakim znajduje się dziś większość świata — w położeniu ludzi pozbawionych wiary w obliczu wojny, choroby, bólu, głodu, cierpienia, zarazy, bombardowania, śmierci. Trzeba to było jedynie przyjąć, jak nieme zwierzę. Próbować tego uniknąć, jak długo się da. Ale nieraz musisz dojść do punktu, w którym to uniknięcie nie jest już możliwe. Musisz się temu poddać. Jeżeli chcesz, spróbuj się odurzyć, żeby tak bardzo nie bolało. Ale zawsze będziesz zmuszony przyjąć coś z tego bólu. A w końcu i to coś potrafi cię pożreć.
Im bardziej staramy się uniknąć cierpienia, tym więcej cierpimy — jest to prawda, której wielu ludzi nie potrafi pojąć lub pojmuje ją dopiero za późno. Bo wtedy małe i nic nieznaczące sprawy zaczynają cię dręczyć proporcjonalnie do twego lęku przed cierpieniem. Ten, który najbardziej wysila się, by uniknąć cierpienia, staje się w końcu tym, który najwięcej cierpi — a jego cierpienia pochodzą z rzeczy tak małych, tak pospolitych, że nikt nie może im przyznać obiektywnego charakteru. To jego własna egzystencja, jego własna istota, są zarazem i podmiotem, i źródłem jego cierpienia — własne istnienie i własna świadomość są jego najsroższą torturą. To jest jeszcze jedno z tych wielkich wypaczeń, przez które szatan używa naszych filozofii do przewracania na wywrót całej naszej natury i wydzierania nam wszystkich zdolności do dobra, obracając je przeciw nam samym.
Ciekawe, że o tym samym pisze Frankl (s. 79):
Pokuszę się w tym miejscu o następującą analogię: z ludzkim cierpieniem jest jak z gazem. Jeśli wpuścić pewną jego ilość do zamkniętego pomieszczenia, gaz wypełni je w sposób równomierny i całkowity, bez względu na jego rozmiary. Podobnie cierpienie całkowicie „wypełnia” duszę i świadomość człowieka, bez względu na to, czy cierpimy ogromnie, czy tylko trochę. Dlatego też „rozmiar” ludzkiego cierpienia jest pojęciem najzupełniej względnym.
Jak to w końcu jest? Mamy unikać cierpienia (Frankl przestrzegał przed niepotrzebnym masochizmem), czy przyjąć je, skoro i tak nie da się od niego uciec (jak racjonalnie wyjaśnił Merton)? A jeśli cierpieć, to tylko trochę, czy całkowicie? „Tylko” cierpieć, czy nadać sens cierpieniu, czy nawet kochać – pomimo cierpienia lub „ponad” cierpieniem, jakby nieskalana dusza była w stanie funkcjonować całkowicie niezależnie od bolejącego ciała? Wszystkie te rozgraniczenia nie mają sensu bez Krzyża Jezusa Chrystusa, Prawdziwego Boga i Prawdziwego Człowieka. Tylko tam – w Nim – jest pełnia cierpienia, ale też pełnia sensu i pełnia Miłości. Miłości, czyli Nieba. Święty Josemaría Escrivá zachęca w Drodze (punkt 182):
Wypijmy do ostatniej kropli kielich cierpienia w tym nędznym życiu doczesnym. – Bo cóż z tego, że będziemy cierpieć przez dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt lat, skoro potem niebo jest na zawsze, na zawsze… na zawsze?
– A przede wszystkim – a jest to racja jeszcze lepsza od powyższej, propter retributionem [przez wzgląd na nagrodę] – cóż z tego, że cierpimy, jeśli robimy to, by przynieść pociechę, by sprawić radość Bogu, naszemu Panu, w duchu wynagrodzenia, zjednoczenia z Nim na Krzyżu; krótko mówiąc – jeśli się cierpi z Miłości…?
