O czym nie wypada pisać na maturze? Każdy tekst literacki może wspierać argumentację w pracy na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Co więcej, mamy nieograniczone możliwości sięgania po konteksty, również popkulturowe, pod warunkiem, że zostaną użyte funkcjonalnie. Nie wolno jedynie gloryfikować czynów niemoralnych i przestępców, czyli nawet stawianie Balladyny jako wzór uporu w dążeniu do celu odpada.
No dobrze, o tym pisze mnóstwo maturalnych influencerów, więc nie ma potrzeby powtarzać czegoś, co jest powtarzane w kółko. Dziś chciałbym skupić się na jednym ciekawym przykładzie.
Jeden z moich tegorocznych maturzystów, Franek, miał wątpliwości, czy w wypracowaniu na poziomie rozszerzonym można wykorzystać w argumentacji Harry’ego Pottera i okrasić go kontekstem ze Zwiadowców. Czy na maturze rozszerzonej coś takiego będzie wyglądało bardzo źle? Moim zdaniem wcale tak nie musi być. Zadałem bowiem temat, którego jeszcze nie było – o archetypach i ich funkcjach w budowaniu sensów utworu. Skoro archetypy, symbole i toposy to elementy tak uniwersalne i ponadczasowe, nic nie stoi na przeszkodzie, by dostrzec je również w literaturze dziecięcej, młodzieżowej i popularnej.
Na poziomie rozszerzonym trzeba jednak pamiętać o bardzo ważnych rzeczach: o tak zwanych elementach struktury utworu oraz o precyzyjnym nazywaniu sposobów i funkcji, które służą celowi wskazanemu w poleceniu. Zatem nie o samą treść utworu chodzi, tylko o sposób jej wyrażenia. Dziś jeden przykład z tak zwanej literatury duchowej, z którego można zrobić użytek w pracy maturalnej na poziomie rozszerzonym.
Mam na myśli Listy starego diabła do młodego Clive’a Staplesa Lewisa. Zastanawiam się bowiem, jak przygotować maturzystów do ostatniego ćwiczebnego wypracowania – o ironii i autoironii. Myślę, że będzie to bardzo ciekawe wyzwanie, ale łatwo taki temat spłycić. Jak zatem użyć tej książki właśnie w pracy o sposobach wyrażania ironii i jej funkcji w kształtowaniu sensów utworów?
Najpierw – czym są Listy starego diabła do młodego? Spójrzmy na sam tytuł. Listy – a więc powieść epistolarna. Ma to niebagatelne znaczenie dla narracji: znamy wyłącznie punkt widzenia starego diabła (Krętacza) do ucznia (Piołuna) – to Krętacz jest narratorem, który w swoich listach udziela swojemu uczniowi różnych praktycznych rad. Nie znamy dokładnego przebiegu zdarzeń, w których bierze udział „pacjent”, a jedynie ich zapośredniczoną interpretację przez Krętacza (tzn. domniemujemy, że wszystkie listy składające się na powieść Lewisa są odpowiedziami na uprzednio wysłane listy przez Piołuna, który relacjonował swoje wysiłki sprowadzenia pacjenta na złą drogę). Zauważmy także, że owe diabły posiadają tzw. imiona znaczące, które współgrają ze stereotypowymi wyobrażeniami diabła.
Tu jednak sprawa zaczyna się komplikować. Krętacz bowiem jest mentorem Piołuna, który to – niczym czeladnik – musi wykazać się w sztuce kuszenia ludzi. Obiektem zainteresowania Piołuna jest człowiek nazywany po prostu „pacjentem”, który powinien trafić do piekła, ale przeszkadza w tym Bóg nazywany Nieprzyjacielem. Widzimy zatem odniesienie do everymana, ale także topos świata na opak (Bóg nazywany Nieprzyjacielem, a to przecież tradycyjne określenie szatana). Są to określenia ironiczne.
W tym miejscu zadowólmy się definicją ironii z Wielkiego słownika języka polskiego – jeszcze nie będę ujawniał wszystkich niuansów ze Słownika terminów literackich:
ironia – wyrażanie pewnego znaczenia w ten sposób, że mówi (pisze się) się coś odwrotnego, a odbiorca z doboru słów, a także np. z barwy głosu ma wywnioskować, co w rzeczywistości myśli nadawca.
Wiadomo, że C. S. Lewis nie stworzył dzieła usprawiedliwiającego szatana, tylko poradnik, jak wieść udane życie, które doprowadzi człowieka do szczęścia w Bogu. Już teraz można więc sformułować funkcję zastosowania ironii: przez ukazanie perspektywy szatana oraz zastosowanie przeinaczenia pojęć (zaczerpnięte z toposu świata na opak), czytelnik „ujawnionej” tajnej korespondencji otrzymuje bardzo precyzyjne wskazówki (niczym dane wywiadowcze), jak przechytrzyć szatana, będąc niejako krok przed nim (oraz ucząc się na niektórych błędach pacjenta, które z perspektywy Krętacza są sukcesami).
Jakimi jeszcze środkami wyrażana jest ironia w Listach starego diabła do młodego i czemu służy? Spójrzmy chociażby na List 12 (tłum. Stanisław Pietraszko, Warszawa 1990):
Mój drogi Piołunie,
Oczywiście, robisz doskonałe postępy. Obawiam się tylko, byś próbując przynaglać pacjenta, nie obudził w nim świadomości jego prawdziwego położenia. My bowiem, którzy widzimy jego położenie takim, jakim ono jest w rzeczywistości, nie możemy nigdy zaprzestać starań, by pacjentowi przedstawiało się ono w zupełnie odmiennym świetle. My wiemy, że zmieniliśmy kierunek jego drogi i że na skutek tego zbacza on już w tej chwili ze swej orbity wokół Nieprzyjaciela; jego samego trzeba jednak utrzymywać w przekonaniu, że postawione przez niego kroki, które spowodowały zmianę tego kierunku, są błahe i odwracalne. Nie wolno mu podejrzewać, że w tej chwili, aczkolwiek powoli, oddala się od słońca po linii, która powiedzie go w najdalszą przestrzeń chłodu i mroku.
Z tej racji jestem prawie zadowolony z wiadomości, że wciąż jeszcze chodzi do kościoła i komunikuje. Wiem, że tkwią w tym niebezpieczeństwa; ale każda inna rzecz jest lepsza niż ta, by miał zdać sobie sprawę z tego, jak dalece zerwał z pierwszym okresem swego chrześcijańskiego życia. Póki zachowuje zewnętrzne obyczaje chrześcijanina, można nim jeszcze tak pokierować, by uważał się za człowieka, który wprawdzie poznał kilku nowych przyjaciół, lecz jego stan duchowy jest niemal taki sam, jak przed sześciu tygodniami. A dopóki myśli on w ten sposób, nie potrzebujemy walczyć w nim z wyraźną skruchą z powodu konkretnego, w pełni uznanego grzechu, lecz jedynie z nieuchwytnym, choć pełnym niepokoju uczuciem, że ostatnio nie postępował całkiem dobrze.
Taki bliżej nieokreślony niepokój wymaga, by obchodzić się z nim ostrożnie. Jeśli przybierze zbytnio na sile, może obudzić pacjenta i zepsuć całą grę. Z drugiej strony, jeśli go stłumisz całkowicie – czego, nawiasem mówiąc Nieprzyjaciel nie pozwoli ci przypuszczalnie uczynić – tracimy w tej sytuacji element, który można by z powodzeniem wykorzystać. Jeśli takiemu uczuciu dozwala się trwać, lecz nie dopuszcza się do tego, by stało się nieodparte i by rozwinęło się w rzeczywistą skruchę, to wykazuje ono jedną niezwykle cenną tendencję: zwiększa niechęć pacjenta domyślenia o Nieprzyjacielu. Wszystkim ludziom wszystkich prawie czasów zdarza się w jakimś stopniu przeżywać taką niechęć; lecz gdy myślenie o Nim pociąga za sobą potęgowanie się uczucia bliżej nieokreślonej, na pół świadomej winy, której trzeba stawić czoło – niechęć ta wzrasta dziesięciokrotnie. Nienawidzą każdej myśli, która Go przypomina, tak jak ludzie będący w kłopotach finansowych nie znoszą samego widoku książeczki bankowej. W tym stanie twój pacjent nie będzie opuszczał swych obowiązków religijnych, lecz niechęć do nich będzie stale wzrastała. Będzie o nich myślał tylko tyle, ile mu nakazuje przyzwoitość, by po ich spełnieniu jak najprędzej o nich zapomnieć. Kilka tygodni temu musiałeś go kusić do nierealności i nieuwagi w modlitwie. Teraz sam wyciągnie ku tobie ręce i nieomal będzie żebrał, byś odciągnął go od właściwego celu i odrętwił serce. Będzie pragnął, by modlitwy jego były nierealne, albowiem niczego się tak nie obawia jak rzeczywistego zetknięcia się z Nieprzyjacielem. Jego celem będzie nie budzić robaka toczącego sumienie.
Gdy ten stan rzeczy bardziej się ustali, stopniowo uwolnisz się od nużącego obowiązku dostarczania mu przyjemności jako pokus. W miarę jak ten niepokój i niechęć stawienia mu czoła będą go coraz bardziej oddalać od wszelkiego prawdziwego szczęścia i gdy przyzwyczajenie sprawi, że uciechy płynące z próżności, podniecenia i płytkiej paplaniny staną się mniej przyjemne, a zarazem trudniej się będzie bez nich obejść (bo tak, na szczęście, czyni przyzwyczajenie z każdą przyjemnością) – przekonasz się, że byle co wystarczy, aby przyciągnąć jego rozproszoną uwagę. Nie będziesz już potrzebował dobrej książki, którą naprawdę lubi, by odciągnąć go od modlitwy, pracy lub snu; starczy kolumna ogłoszeń z wczorajszej gazety. Możesz sprawić, że będzie marnotrawił swój czas nie tylko na przyjemnych rozmowach z ludźmi, których lubi, lecz na rozmowach z tymi, którzy go nic nie obchodzą, i na tematy, które go nudzą. Możesz doprowadzić do tego, że długie godziny spędzać będzie bezczynnie. Możesz trzymać go do późnej nocy, trawiącego czas nie na hulance, lecz na wpatrywaniu się w wygasły ogień w zimnym pokoju. Można go będzie powstrzymać od wszelkiej zdrowej działalności poza domem, której sobie nie życzymy, nie dając mu w zamian nic; tak, że w końcu może kiedyś powiedzieć, jak to określił jeden z moich pacjentów, gdy się tu znalazł: „Teraz widzę, że większą część swego życia spędziłem czyniąc nie to, co powinienem był czynić, ni to, co lubiłem”. Chrześcijanie określają Nieprzyjaciela jako tego, „poza którym jest Nicość”. A Nicość jest bardzo mocna: dość mocna, by wykraść najlepsze lata człowieka, które mijają niepostrzeżenie, spędzane nawet nie w upojeniu grzechem, lecz na ponurym błąkaniu się myśli, nie wiadomo, gdzie, i nie wiadomo, w jakim celu; na zaspokajaniu zaciekawień tak słabych, że człowiek tylko połowicznie zdaje sobie z nich sprawę; na bębnieniu palcami po stole i machaniu nogami; na wygwizdywaniu melodii, których nie lubi; na pogrążaniu się w ciemnym labiryncie marzeń, którym brak nawet zmysłowości i ambicji do uzyskania jakiegoś jej posmaku, lecz z których (gdy zostaną raz wywołane jakimś przypadkowym skojarzeniem) stworzenie to, z powodu niemocy i zamroczenia, nie potrafi się otrząsnąć.
Powiesz, że są to bardzo małe grzechy; niewątpliwie, tak jak wszyscy młodzi kusiciele, chciałbyś donosić o sensacyjnych wykroczeniach. Pamiętaj jednak, że jedyną rzeczą, która się liczy, jest to, w jakim stopniu odgrodzisz człowieka od Nieprzyjaciela. Nie ma znaczenia to, jak małe są przewinienia, pod warunkiem, że łącznym ich efektem będzie stopniowe odsuwanie człowieka od Światła i pogrążenie go w Nicość. Zabójstwo nie jest w niczym lepsze od kart, jeśli karty potrafią dokonać tego, o co nam chodzi. Doprawdy, najpewniejszą drogą do Piekła jest droga stopniowa – łagodna, miękko usłana, bez nagłych zakrętów, bez kamieni milowych, bez drogowskazów.
Twój kochający stryj
Krętacz
Trzeba przyznać, że list ten ma niezwykle ponadczasową treść. Skupmy się jednak na sposobach i funkcjach wyrażenia ironii. Wystarczy spojrzeć na typowe dla listu zwroty do adresata na początku i na końcu – sugerują one, że Krętacz jest bardzo miłą (i rzeczową) istotą. Obie instancje (nadawca i odbiorca), mimo że należą do świata duchowego, zostały poddane antropomorfizacji (zachowują się jak ludzie, w dodatku określono ich stopniami pokrewieństwa). Nie tylko to: Krętacz posługuje się pierwszą osobą liczby mnogiej („my”), aby pokazać, że diabły posiadają typowo „ludzką” cechę – również mogą oddalić się od swojego pierwotnego celu i okazać się nieskuteczne. Z kolei Nieprzyjaciel (Bóg) budzi w nich respekt, skoro nie zadowala się letniością i półśrodkami: pociąga człowieka w sposób wolny, ale tak, żeby dobrowolnie oddał Mu całą swoją wolność. I tego szatan najbardziej się obawia. Jest to zatem psychomachia, ale ubrana w ciekawą formę z pogranicza epistolografii, filozofii, teologii, a nawet fantastyki.
Dodajmy, że ironia w Listach starego diabła do młodego obecna jest niejako na dwóch poziomach „komunikacji literackiej”. Po pierwsze, wewnątrz świata przedstawionego: Krętacz w swoich listach do Piołuna w dość szczególny sposób przedstawia najbardziej skuteczną strategię kuszenia (zob. pierwszy akapit powyżej). Po drugie, ironiczny jest przekaz C. S. Lewisa dla czytelnika: należy czynić wszystko odwrotnie, niż proponują diabły.
Zastosowana przez C. S. Lewisa nowatorska i przewrotna forma przede wszystkim umożliwia pokazanie czytelnikom, że najpoważniejsze pokusy diabelskie nie dotyczą spektakularnych aktów, jak morderstwo czy apostazja. Najskuteczniejsza metoda oddalania ludzi od Boga to bowiem ta najbardziej dyskretna. Najlepiej, żeby pacjent (czyli każdy z nas) miał przekonanie, że wybiera coś dobrego i atrakcyjnego, co niewiele różni się od prawdziwych dóbr, ale jednak zawiera w sobie jakieś skażenie (pychę, miłość własną, zmysłowość). Ironia właśnie umożliwia uwypuklenie takiej przewrotności.
A może Listy starego diabła do młodego to świetna lektura na rozpoczęty właśnie Wielki Tydzień…?
