Mucha w literaturze: Mickiewicz, Sienkiewicz, Gogol

Kilkanaście lat temu (czyli u progu kariery nauczycielskiej) rozmawiałem z tatą jednego z moich uczniów. Ów człowiek skończył Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego i pisał pracę magisterską o małych żyjątkach w Panu Tadeuszu. Powiedział mi, że swego czasu była moda na literackie badania flory i fauny Soplicowa. Ta moda dziś wraca za sprawą animal studies – nurtu niekoniecznie z mojej bajki, ale z pewnego względu ciekawego.

Kiedy czytamy literaturę, odkrywamy świat – krajobrazy, miasta, historie (i historię). Ludzi, ich decyzje, postawy, przekonania. Uważny czytelnik zauważa, w jakim otoczeniu poruszają się bohaterowie: w jakich warunkach mieszkają, co jedzą, z kim się spotykają, jakimi przedmiotami się posługują. Jeszcze uważniejszy dostrzeże świat natury z jego najbardziej mikroskopijnymi elementami. Oczywiście, jeżeli ktokolwiek uczciwie czyta lekturę szkolną, a nie zadowala się streszczeniem (i tak nieźle, przecież można poprosić sztuczną inteligencję o podsumowanie streszczenia), prawdopodobnie nie będzie miał cierpliwości do „opisów przyrody”. A właśnie opisy przyrody są nieodzownym komponentem dobrej literatury: przede wszystkim tam, gdzie mamy do czynienia z toposem arkadyjskim i realizmem.

Ilu czytelników poddało się, czytając Nad Niemnem, a ilu właśnie zachwyciło się i zyskało motywację do kontemplatywnej lektury powieści Orzeszkowej, która rozsmakowywała się w opisach szmeru wody i bieli ulotnych kwiatków? A gdyby z Pana Tadeusza usunąć wszystkie opisy przyrody, przestałaby to być nasza narodowa epopeja – zostałby zwyczajny folderek biura podróży zachęcający do wycieczek na Wileńszczyznę. A w świecie przyrody mamy nie tylko majestatyczne drzewa czy króla puszczy – niedźwiedzia. Spotykamy również (i to z bardzo bliska)… muchy.

Na początek przyjrzyjmy się, co o musze ma do powiedzenia prof. Jerzy Bralczyk w swojej książce Zwierzyniec (Warszawa 2019, s. 160-161):

Nie wiadomo, skąd ostatecznie przyleciała mucha, niektórzy wiążą to słowo z dawnym sanskryckim czasownikiem mus, który znaczył 'kraść’ – ale przecież inne zwierzęta, także owady, bardziej nadawałyby się do wyobrażenia złodzieja. W każdym razie polska mucha pochodzi od łacińskiego Musca, i trudno powiedzieć, z jaką cechą ma to ją wiązać. I podobnie nazywają się muchy w językach romańskich i słowiańskich, natomiast w językach germańskich ich nazwy odwołują się do tego, co mucha robi najlepiej, czyli do latania – w angielskim słowa oznaczające muchę i latanie nawet brzmią i wyglądają tak samo.

„Musze” przenośnie dodały kilka znaczeń naszemu słowu mucha i jego zdrobnieniu, ale nie jest ich tak znowu wiele, zważywszy na popularność tego owada – i ciekawe, że żadne z nich nie jest jakoś szczególnie przykre, choć przecież much nie znosimy. Mało jest zwierząt o mniej atrakcyjnym wyglądzie, tymczasem mucha czy muszka to rodzaj krawata, ozdoby w końcu, muszką nazywano też przyklejany do twarzy sztuczny pieprzyk mający podnosić urodę. Muszka pomaga myśliwemu, bo to część urządzenia celowniczego – na taką muszkę bierzemy to, w co celujemy.

Bogatsza jest „musza” frazeologia, różne powiedzenia pokazujące, jak widzimy tego owada. Przede wszystkim mała jest ta mucha i słaba: mówi się „słaby jak mucha” o kimś najczęściej czasowo pozbawionym sił, taki ktoś nawet „pada jak mucha” z tej słabości. A jeśli się nawet porusza, to najwyżej „jak mucha w smole”. Ktoś, kto „robi z muchy słonia” przetwarza rzecz skrajnie małą w skrajnie wielką, tak jak ten, co „z igieł robi widły”; ktoś wyjątkowo poczciwy „nie skrzywdziłby nawet muchy”, choć tego nikt by nie zauważył i nie miał za złe; mucha to najskromniejszy z możliwych psich posiłków: „dobra psu i mucha, kiedy głodny”; zreszta o tym, co małe i nieważne, o tym, czym przejmować się wcale nie warto, możemy wprost powiedzieć: to mucha!

Muchy są małe, więc ich brzęczenie jest względnie ciche, i trzeba pelnej ciszy, żeby było „słychać brzęczenie muchy” czy też „przelatującą muchę” – ale i tak to nam przeszkadza. I wtedy bywają uprzykrzone, a ich konsekwencja w przeszkadzaniu nam sprawia, że tak myślimy i mówimy o innych drobnych uprzykrzeniach. Bardziej jeszcze są przykre muchy, kiedy czasem naruszają naszą cielesność. I to bywa źródłem powiedzeń, bo o człowieku, który zachowuje się nieprzyjemnie, mówimy, że mu „mucha siadła na nos”, a gorzej jeszcze zachowuje się ten, którego „ugryzła jakaś mucha”. A najbardziej uciążliwy jest taki, który „ma muchy w nosie”, bo to już jego cecha stała. Jego kaprysy i grymasy są nieznośne – a wszystko przez te muchy. A gdy próbujemy je łapać, to tę czynność uznaje się za mało ważną i szlachetną – i łapaniem much już w XVI wieku nazywano próżnowanie.

Choć trzeba przyznać, że mamy wśród tych powiedzeń i nieco przyjemniejsze, zresztą związane z nie najlepszymi muszymi cechami. Jak coś jest bardzo dobre, można powiedzieć: „mucha nie siada!” (rzecz jasna, chodzi o upodobanie much do zepsutej żywności), a jak coś nas kusi, to „ciągnie nas jak muchy do miodu”… I tylko nie wiadomo, dlaczego czasem „bywamy pod muchą” – a właściwie to nie wiadomo tylko, dlaczego tak właśnie ten nie całkiem niemiły stan nazywamy. W ogóle można powiedzieć, że jesteśmy jakoś na muchy zorientowani – pełno ich przecież w naszej rodzimej literaturze. W „Panu Tadeuszu” Mickiewicz poświęcił litewskim muchom całą rozprawkę, a w wierszach dla dzieci, zwłaszcza u Brzechwy, brzęczą ich całe roje.

Nie jest to nawet animal studies, a klasyczny przykład JOŚ (językowego obrazu świata – nurtu badań dość „konserwatywnego”, ukazującego, w jaki sposób język kształtuje nasz sposób postrzegania rzeczywistości).

Z jednej strony mucha wydaje się insektem absolutnie zbędnym oraz uprzykrzającym życie swoim brzęczeniem i bezcelowym krążeniem, kiedy już wpadnie do pomieszczenia i w swojej „głupocie” nie potrafi znaleźć otwartego na oścież okna, przez które minutę wcześniej wpadła. Jednak intrygujący dla mnie jest wskazany przez prof. Bralczyka związek między muchą a próżnowaniem. W związku z moją ostatnią fascynacją tematem zachwytu i kontemplacji, pod pojęciem „próżnowania” nie chcę rozumieć jedynie lenistwa, ale właśnie porzucenie gorączkowej, bezmyślnej aktywności i składania ofiar bożkowi produktywności (jego kult polega na przysłowiowym bieganiu z taczkami) na rzecz skupienia na „tu i teraz” (nie chcę tego nazywać mindfulness, bo filozofia i teologia już dawno temu określiła to właśnie mianem kontemplacji, a Josef Pieper – „odpoczynku”). Otóż to: niech mucha sobie „bezcelowo” krąży, a ja sobie ją pokontempluję. W końcu po coś ona do mojego pokoju wpadła.

Z pewnością taką zdolność do kontemplacji otoczenia miał Adam Mickiewicz. Opisując utrwalony z lat dziecinnych obraz Soplicowa w Panu Tadeuszu, przedstawił wieczorną audiosferę wileńskiej przyrody, jakby była koncertem symfonicznym. W Księdze VIII mamy opisany wieczór poprzedzający zajazd – każdy z „instrumentalistów” znakomicie odgrywa swoją „partię”, co więcej: dużą rolę gra ich umiejscowienie w przestrzeni „filharmonii”, a nawet z pozoru nieczyste i chropawe dźwięki (much i komarów) są istotne do zbudowania doskonałej harmonii:

Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera,
Kręci się, grając jako harmoniki sfera;
Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarów
Akord muszek i półton fałszywy komarów.
W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;
Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty.
Już trzykroć wrzasnął derkacz, pierwszy skrzypak łąki,
Już mu z dala wtórują z bagien basem bąki,
Już bekasy, do góry porwawszy się, wiją
I bekając raz po raz, jak w bębenki biją.
Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy
Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy:
Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora
Milczące przez dzień cały, grające z wieczora.

Drobiazgowość Mickiewicza w opisach przyrody nie jest owocem wyłącznie jego talentu czy niebywałej wręcz spostrzegawczości i pamięci. Pamiętajmy, że otrzymał on najlepsze możliwe wykształcenie zgodne z wzorcami oświeceniowymi (to logiczne, skoro „wymyślił” romantyzm w Balladach i romansach wieku 24 lat). A na to wykształcenie składały się przedmioty przyrodnicze, z których Mickiewicz miał najwyższe oceny. Nasz wieszcz był przyrodnikiem w pełnym tego słowa znaczeniu – mamy na to liczne dowody, chociażby z jego listu do Józefa Jeżowskiego z maja 1820 roku:

Chciałbym tylko, aby i zwierzątka, i motyle, i ptaki litewskie zbierano dla utworzenia gabinetu historii naturalnej litewskiej. Każdy niechby dołączył przy ofiarowanym egzemplarzu jego opisanie, co o nim słyszał, co czytał i co sam spostrzegł, gdyż wielu zwłaszcza owadów nie znamy, o wielu fałszywie wiemy. Ja zacząłem już kolekcję. Złowiłem żywego węża i chowam u siebie. Nikt tu nie wie, czy ten wąż kąsa, czy nie!!! Złowiłem też rzadkiego motyla nocnego etc.

Więcej o „oświeceniowej” (przyrodniczej) orientacji Mickiewicza można przeczytaj tutaj – stamtąd zaczerpnąłem również powyższy cytat.

Kto w Panu Tadeuszu ma o muchach największe pojęcie? Oczywiście Wojski. Jego stosunek do tego stworzenia jest jednak dość ambiwalentny. Z jednej strony w dość nieoczekiwanych momentach wyciąga packę, aby jakąś muchę pozbawić życia, z drugiej – fascynuje go świat much, w którym widzi analogię do hierarchii polskiej szlachty. W ogóle jest to bardzo ciekawy zabieg stanowiący realizację toposu arkadyjskiego w naszej epopei narodowej – każdy aspekt świata ludzi, zwierząt i roślin funkcjonuje w harmonii, jednak na płaszczyźnie opisu to przyroda niejako „stworzona/stwarzana jest” (właściwiej należałoby powiedzieć: „opowiedziana”) na podobieństwo idealnej struktury społecznej, jaką właśnie była demokracja szlachecka. Znamy to z przepięknego opisu puszczy w księdze IV (od słów „Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy”), gdzie mieszkańcy (Tur, Żubr, Niedźwiedź, Ryś i inni) celowo zostali nazwani imionami własnymi pochodzącymi od ich nazw gatunkowych i zwyczajowych (czyli od wielkiej litery). Również wśród much występuje taka hierarchia, o której dowiadujemy się w księdze II:

Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy nimi
Gatunek much osobny, zwanych szlacheckimi.
Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,
Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,
Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,
A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą,
Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,
Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.
Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,
Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,
Że one tym są muchom, czym dla roju matki,
Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.
Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski,
Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski
I trzymali inaczej o muszym rodzaju;
Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:
Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.
Właśnie mu teraz szlachcic nad uchem zadzwonił;
Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,
Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;
Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,
Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,
Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;
I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.
Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,
Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;
Uderzyły się mocno oboje w uszaki,
Tak, że obojgu sine zostały się znaki.

Grzegorz Igliński w swoim artykule Brzęcząca i migocząca rzeczywistość. Owady w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza komentuje to następująco:

Spotykamy się tutaj ze społeczną stratyfikacją, według której najsilniejszą i najważniejszą warstwą jest stan szlachecki. Przynależność do szlachty łączyła się z szeregiem przywilejów (podstawowym był przywilej posiadania ziemi) oraz obowiązkiem służby wojskowej w pospolitym ruszeniu. Ze stanowiska Wojskiego można wnioskować, że obok much prawdziwie szlacheckich (wiernych tradycji), przewodzących innym, istnieją muchy gminne, pospolite (pozostała szlachta, młode pokolenie lub poddani), za które te pierwsze ponoszą odpowiedzialność i ciągle muszą je mieć na uwadze, czyli pilnować.

Dlaczego jednak Wojski z taką zawziętością zabija muchy w różnych sytuacjach? Aby w ich „królestwie” zaprowadzić porządek. Podczas gdy puszcza wraz z matecznikiem są przestrzeniami świętymi, do których człowiek nie powinien mieć wstępu i gdzie przyroda niejako reguluje się sama, „muszy sejm” potrzebuje marszałka, który zapanuje nad ich rozpasaniem i gwałtownością. Packa jako nieodzowny atrybut Wojskiego pełni zatem funkcję laski marszałkowskiej. W gwałtownych pacnięciach Wojskiego nie chodzi jednak wyłącznie o to (czy o wywołanie przy okazji efektu komicznego): raz on zbliża się z tym atrybutem do zapatrzonych w siebie Tadeusza i Telimeny (oraz fruwającej między nimi muchy), by ich otrzeźwić i uświadomić im, że nie są sobie przeznaczeni. Z drugiej jednak strony, gdy przy stole jest zbyt cicho, Wojski inicjuje dyskusję – jakby czuwał nad tym, by pewien poziom „szumu” („brzęczenia”) zawsze wypełniał przestrzeń Soplicowa, bo jego brak oznaczałby ustanie życia.

Wśród much „szlacheckich”, o których w Panu Tadeuszu opowiada Wojski, mamy – jak być może zauważyliśmy – również tak waleczne i bohaterskie, które mogą przez trzy dni opierać się sidłom zastawionym przez znacznie bardziej przebiegłego i silniejszego pająka. Może to być jakaś aluzja do postaw Polaków i działań Rosjan. Jednak Mickiewicz przestrzega przed czynnikami, które mogą osłabić Polaków – de facto przypomina to, co od czasów Jana Kochanowskiego i Wacława Potockiego powtarzano do znudzenia: największym wrogiem szlachty są nie czynniki zewnętrzne (geopolityczne), ale zbytki, ospałość, zadufanie, obżarstwo i pijaństwo. Widzimy to na samym początku księgi IX, kiedy to po zajeździe (i pijatyce) wszyscy usnęli, a za chwilę wtargną Moskale:

A chrapali tak twardym snem, że ich nie budzi
Blask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi,
Którzy wpadli na szlachtę jak pająki ścienne,
Nazwane kosarzami, na muchy wpółsenne:
Zaledwie która bzyknie, już długimi nogi
Obejmuje ją wkoło i dusi mistrz srogi.
Sen szlachecki był jeszcze twardszy niż sen muszy:
Żaden nie bzyka, leżą wszyscy jak bez duszy,
Chociaż byli chwytani silnymi rękoma
I przewracani jako na przewiąsłach słoma. 

Podczas gdy muchy w Panu Tadeuszu – jako element przyrody dość bogato reprezentowany i przedstawiany – dopełniają arkadyjską kreację świata przedstawionego oraz charakterystykę i upodobania Wojskiego, a także stanowią alegorię polskiej szlachty – w opowiadaniach, nowelach i powieściach realistycznych pełnią nieco inne funkcje. Pora na Szkice węglem Henryka Sienkiewicza – utwór z 1876 roku, czyli „wczesny” (na tle Trylogii i Quo vadis):

We wsi Barania Głowa w kancelarii wójta gminy cicho było jak makiem siał. Wójt gminy, niemłody już włościanin nazwiskiem Franciszek Burak, siedział przy stole i z natężoną uwagą gryzmolił coś na papierze; pisarz zaś gminny, młody i pełen nadziei pan Zołzikiewicz, stał pod oknem i dłubał w nosie lub opędzał się od much.

Much było w kancelarii jak w oborze. Wszystkie ściany, popstrzone od nich, straciły swój dawny kolor. Również popstrzone było szkło na obrazie wiszącym nad stołem, papier, pieczęcie, krucyfiks i urzędowe księgi wójtowskie.

Muchy łaziły i po wójcie, tak jakby po jakim zwyczajnym sobie ławniku, ale szczególniej nęciła je wypomadowana, woniejąca goździkami głowa pana Zołzikiewicza… Nad tą głową unosił się ich cały rój: siadały na rozbiorze włosów tworząc żywe, ruchome, czarne plamy. Pan Zołzikiewicz podnosił od czasu do czasu ostrożnie rękę, a potem spuszczał ją nagle; dawał się słyszeć plask dłoni o głowę, rój wzbijał się, brzęcząc, w powietrze, a pan Zołzikiewicz, schyliwszy czuprynę, wybierał palcami trupy z włosów i zrzucał je na ziemię.

Godzina była czwarta po południu, w całej wiosce panowała cisza, bo ludzie wyszli na robotę; za oknem tylko kancelarii cochała się o ścianę krowa i od czasu do czasu ukazywała przez okno sapiące nozdrza ze śliną wiszącą u pyska.

Czasem zarzucała ciężki łeb na grzbiet broniąc się także od much, przy czym rogiem zawadzała o ścianę. Wówczas pan Zołzikiewicz wyglądał przez okno i wołał:

— A hej! A żeby cię…

Potem przeglądał się w lusterku wiszącym tuż koło okna, poprawiał włosy i znów zaczynał flegmatycznie dłubać w nosie.

Na koniec przerwał milczenie wójt.

— Panie Zołzikiewicz — rzekł z mazurska — niech ino pan napisze ten „rapurt”, bo mię jakoś nieskładno. Przecie pan je pisarz.

Ale pan Zołzikiewicz był w złym humorze, a jak tylko był w złym humorze, wójt musiał sam wszystko robić.

— To i cóż, żem pisarz? — odparł z lekceważeniem. — Pisarz jest od tego, żeby pisywał do naczelnika i do komisarza; a do wójta, takiego jak wy, to wy sobie sami piszcie.

Muchy budują nastrój nudy i rozprężenia, potęgują ponadto brzydotę otoczenia. Opis jest niezwykle sensualistyczny: słyszymy dźwięki, czujemy zapachy, a nawet dotykamy wilgoci. Zołzikiewicz ma nad głową tyle much (pewnie równie leniwych jak on sam), że wystarczy niezbyt szybki (i celny) ruch ręką, by część z nich pozbawić życia. Pięknie opowiada o tym prof. Ryszard Koziołek w pierwszym odcinku o Sienkiewiczu w ramach cyklu „Poczet pisarzy polskich”, określając ten humorystyczny fragment mianem „zimno złośliwego” (od 21. minuty):

Jaką funkcję pełni to absurdalne wręcz nagromadzenie much u Sienkiewicza? Ryszard Koziołek tłumaczy to lakoniczną uwagą rzuconą niejako mimochodem w przypisie (Ciała Sienkiewicza: studia o płci i przemocy, Katowice 2015, s. 344):

Inicjująca scena z muchami krążącymi nad głową Zołzikiewicza, które ten zabija, a trupy wydobywa sobie z włosów, to majstersztyk alegorii (Barania Głowa/głowa pisarza wiejskiego) rozkładu wiejskiej społeczności.

W Martwych duszach Mikołaja Gogola (tłum. Wiktor Dłuski, Kraków 2014) również kilka razy brzęczą muchy. Jest to utwór wcześniejszy niż opowiadanie Sienkiewicza, jednak przedstawiam go teraz ze względu na inny kontekst historyczny i geograficzny. Przyjrzyjmy się najpierw pierwszym chwilom Cziczikowa po przyjeździe do miasta NN., kiedy to pojawił się „na wieczorku u gubernatora”:

Cziczikow, wszedłszy na salę, musiał na chwilę zmrużyć oczy, bo blask od świec, lamp i strojów dam bił straszliwy. Wszystko było zalane światłem. Czarne fraki migały i sunęły to z osobna, to grupkami, tam i sam, tak jak w skwarne lipcowe lato biegają muchy po białym, lśniącym cukrze, kiedy stara klucznica całą jego głowę rozrąbuje przy otwartym oknie i dzieli na błyszczące bryłki, a dzieci, zbiwszy się w krąg, cały czas patrzą, śledzą z ciekawością ruchy jej szorstkich rąk unoszących młotek, zaś lotne szwadrony much unoszone lekkim powiewem wpadają śmiało, niczym prawowici gospodarze i korzystając z tego, że staruszka niedowidzi i słońce razi ją w oczy, oblepiają smakowite kąski, to pojedynczo, to znów gęstymi kupkami. Nasycone bogatym latem, które samo z siebie rozstawia na każdym kroku smakowite dania, wlatują wcale nie po to, żeby jeść, tylko żeby się pokazać, przespacerować się tam i z powrotem po kupce cukru, potrzeć jedna o drugą przednie albo tylne nóżki albo potrzeć się nimi pod skrzydełkami, albo podniósłszy obie przednie nóżki, potrzeć je o siebie nad głową, odwrócić się i znów odlecieć, i znów przylecieć z nowymi natrętnymi szwadronami.

Tu muchy są integralnym elementem absurdalnie skonstruowanego porównania homeryckiego. Bogactwo strojów i blask świateł zostały zestawione ze scenką przedstawiającą dzielenie cukru przez starą klucznicę w upalny dzień, czemu aktywnie przyglądają się muchy. Ten kontrast służy zapewne wyeksponowaniu małostkowego snobizmu i zakłamania rosyjskich elit, o których (i do których) pisze Gogol.

Muchy pojawiają się również w mojej ulubionej scenie, kiedy to Cziczikow zatrzymuje się u Koroboczki – idzie spać na gigantycznej pościeli i budzi się następnego dnia wśród gospodarskich „bestii”:

Cziczikow został sam i nie bez przyjemności popatrzył na swoją pościel, która sięgała prawie sufitu. Fietinia, jak widać, była mistrzynią w zbijaniu pierzyn. Kiedy podstawiwszy sobie krzesło, wdrapał się na posłanie, opuściło się ono pod nim niemal do samej podłogi, a pierze, wyciśnięte przez niego ze swoich granic, rozleciało się we wszystkie kąty pokoju. Gość zgasił świecę, przykrył się perkalową derką, zwinął się pod nią w obwarzanek i w tej samej chwili zasnął. Obudził się następnego dnia już dość późnym rankiem. Słońce świeciło mu przez okno prosto w oczy i muchy, które wczoraj spały spokojnie na ścianach i suficie, wszystkie skierowały się ku niemu: jedna usiadła mu na wardze, druga na uchu, trzecia usiłowała usiąść mu wprost na oku, tę zaś, która nieostrożnie przysiadła mu koło nozdrza, on, jeszcze zaspany, wciągnął do nosa, przez co musiał mocno kichnąć – właśnie ta okoliczność była przyczyną jego przebudzenia. Obrzuciwszy spojrzeniem pokój, Cziczikow tym razem zauważył, że na obrazach były nie tylko ptaki: wisiał między nimi portret Kutuzowa oraz jakiś olejnymi farbami malowany staruszek w mundurze z czerwonymi wyłogami, jakie noszono za cara Pawła Pietrowicza. Zegar znów wydał z siebie syk i wybił dziesiątą. Przez drzwi zajrzała jakaś kobieca twarz i natychmiast znikła, bo Cziczikow, chcąc lepiej zasnąć, zrzucił z siebie wszystko. Twarz, która mignęła w drzwiach, wydała mu się jakby znajoma. Zastanowił się, kto by to mógł być, i wreszcie przypomniał sobie, że to pani domu. Naciągnął koszulę. Ubranie, już wysuszone i oczyszczone, leżało obok niego. Odziawszy się, podszedł do lustra i znowu kichnął tak głośno, że indor, który akurat podszedł do okna, a znajdowało się ono bardzo blisko ziemi, zagulgotał coś nagle do niego, i to bardzo szybko, w swoim osobliwym języku, zapewne życząc mu zdrowia, na co Cziczikow nazwał go durniem. Po czym podszedł do okna i zaczął się przyglądać rozpościerającym się przed nim widokom: okno wychodziło chyba na kurnik, a w każdym razie znajdujący się na wprost niego wąziutki dziedzińczyk był cały pełen ptactwa i wszelakiej domowej gadziny. Indyczek i kur było bez liku. Między nimi przechadzał się miarowym krokiem kogut, potrząsając grzebieniem i zwracając głowę na bok, jakby czemuś się przysłuchiwał. Świnia z rodziną też się tu znalazła i od razu rozgrzebała kupkę śmieci, zjadła mimochodem pisklątko i nie zauważywszy tego, dalej swoim zwyczajem obżerała się łupinami arbuza. Ten niewielki dziedzińczyk czy kurnik był ogrodzony płotem z desek, za którym ciągnęły się rozległe ogrody z kapustą, cebulą, kartoflami, burakami i innymi warzywami, jak to w gospodarstwie. Po ogrodzie rozrzucone były tu i ówdzie jabłonie i inne drzewa owocowe, osłonięte siatkami dla ochrony przed srokami i wróblami, przy czym te drugie całymi nieregularnymi chmurami przenosiły się z miejsca na miejsce. Z tej samej przyczyny stało tam kilka strachów na długich żerdziach, z rozpostartymi ramionami, a na jeden z nich był nałożony czepek samej dziedziczki. Za ogrodami stały chłopskie chaty, które chociaż rozrzucone były luźno i nie tworzyły regularnych ulic, to jednak, jak zauważył Cziczikow, zdradzały, że mieszkańcy są zadowoleni, bo były utrzymane jak należy: podniszczony gont na dachach wszędzie zastąpiono nowym, bramy nigdzie nie były przekrzywione, a w zwróconych w jego kierunku chłopskich krytych szopach zauważył tu prawie nową zapasową furę, ówdzie nawet dwie. „Tak, wioszczynę ma niemaleńką”, powiedział sobie i od razu postanowił porozmawiać z gospodynią i zaznajomić się z nią bliżej. Zajrzał przez dziurkę od klucza w drzwiach, przez które ona przedtem wysunęła głowę, i widząc, że pani domu siedzi przy herbacianym stoliku, wszedł do niej z wesołą i przyjazną miną.

Akapit ten ma charakter wybitnie komiczny. Jednak czy świnia, która rozgrzebuje kupkę śmieci i bez skrupułów połyka pisklątko kury oraz muchy, które bezlitośnie obsiadły twarz Cziczikowa nie kierują naszej wyobraźni w stronę motywu vanitas? Wszak muchy swobodnie obsiadają ścierwo, martwe ciało. Groteska wzmacnia tu jak najbardziej poważny wydźwięk Martwych dusz – bohaterowie powieści, na czele z Cziczikowem, są toczeni od środka przez rozkład: już za życia stali się rozkładającymi się ciałami, które karmią się plotkami, opiniami lub gargantuicznymi posiłkami (jak Sobakiewicz). Orkiestra much, która „muzykuje” nad martwym kawałkiem ciała – to przecież obraz poetycki, który kojarzymy z wierszem Padlina Charlesa Baudelaire’a.

Jeśli nie rozkład, to szaleństwo. A może nawet jedno i drugie? Ilona Chylińska w swoim artykule Mucha w systemie kulturowym – od „bezznaczeniowości” do „demonizmu” (na wybranych przykładach) przytacza takie oto słowa:

Mucha brzęcząca nad głową to zarazem zaburzenie myśli i obraz myśli zaburzonej, przerwanej, rozkruszonej. Za takimi skojarzeniami muchy z rozkładem stoi chyba jej mentalny związek z zaburzeniem, także umysłowym i szaleńczym.

[…]

To właśnie w sąsiedztwie much występują w Dziadach cz. III diabły, które „zstępują widome” po duszę Senatora. To dla much właściwy kontekst motywowany kulturowo. W wielu kulturach istnieje bowiem przekonanie o tym, że to w musze objawiają się demony i bóstwa śmierci.

Tak to wygląda w Widzeniu Senatora (scena VI):

Ach, umieram, umarłem, pochowany, zgniłem,
I toczą mię robaki, szyderstwa, żarciki.
Uciekają ode mnie. Ha! jak pusto! głucho.
Szambelan szelma, szelma! patrz, wyszczyrza zęby —
Dbrum — ten uśmiech jak pająk wleciał mi do gęby.

spluwa

Jaki dźwięk! — to kalambur — o brzydka mucho;

opędza koło nosa

Lata mi koło nosa
Jak osa,
I epigramy, żarciki, przytyki,
Te szmery, — ach, to świerszcze wlazły mi w ucho:
Moje ucho, moje ucho!

wytrząsa palcem ucho

Jaki szmer — kamerjunkry świszczą jak puszczyki,
Damy ogonem skrzeczą jak grzechotniki,
Jaki okropny szmer! śmiechy! wrzaski:
Senator wypadł z łaski, z łaski! z łaski, z łaski. 

pada z łóżka na ziemię

Przypomina mi się tu ruchliwa i nerwowa kreacja Arkadiusza Janiczka w Teatrze Narodowym. Podobnie, jak w Panu Tadeuszu, brzęczące muchy wydają z siebie szmer, jednak – zamiast dopełniać harmonijnego obrazu wileńskiej przyrody, ten przenikliwy dźwięk wwierca się bardzo głęboko do ucha (i sumienia) Senatora, doprowadzając go na skraj obłędu.

Cóż – czym jest kilka much? Ale za to ileż można wskazać literackich konkretyzacji „motywu muchy”, sposobów ich kreacji oraz funkcji tych kreacji (mówiąc językiem matury rozszerzonej)? Być może w upalny, majowy dzień, podczas egzaminu na poziomie rozszerzonym, kiedy w ogóle nie będziesz miał pomysłu na wypracowanie, a przez otwarte okno wpadnie mucha, jeszcze jej podziękujesz…?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na moją stronę internetową i prowadzenie statystyk odwiedzin.