Okno na podwórze kamienicy Łęckich

Lalka nigdy nie przestanie mnie zachwycać ani zaskakiwać. Nie muszę zatem starać się o to, by omawiać ją z uczniami co roku w inny sposób – to dzieje się samo, ponieważ każdy rocznik prowokuje do poszukiwań kolejnych kluczy interpretacyjnych i kontekstów. Jednym z nich może być film Alfreda Hitchcocka Okno na podwórze (1954).

Pierwsza scena Okna na podwórze – kamera pokazuje nam całą panoramę, którą widzi unieruchomiony na wózku inwalidzkim L. B. Jefferies (James Stewart) przez swoje okno. Oglądamy niczym niewyróżniające się podwórze: rabatki, biegnącego kota, odsłonięte i uchylone z powodu upału okna oraz sąsiadów w intymnych sytuacjach. Przestrzeń ciasnego podwórza stanowi negatyw tego, co pragniemy pokazać na zewnątrz, a więc elegancję, dobre wychowanie i dbałość o pozory. Ponadto ciekawie oddziałuje na różne zmysły: wzroku (więcej tam brudu, zaniedbań i bezładu), słuchu (ciasne podwórze ograniczone wysokimi budynkami działa jak studnia akustyczna), węchu i dotyku (wyobrażamy sobie stęchliznę i wilgoć panujące na parterze w mieszkaniach z oknami skierowanymi na północ), a także smaku (robimy się głodni lub czujemy obrzydzenie, gdy dochodzą do nas zapachy przyrządzanych potraw).

Kiedy Wokulski przybył obejrzeć kamienicę po raz pierwszy, zwrócił uwagę na (dziś stwierdzilibyśmy – memiczny) kolor fasady:

Ta jednak kamienica wydawała się żółciejszą od innych i na wystawie przedmiotów żółtych (jakiej zapewne doczekamy się kiedyś) otrzymałaby pierwszą nagrodę.

Po przejściu przez sień wjazdową zaczął przyglądać się jeszcze dokładniej:

Podwórko, otoczone ze wszystkich stron trzypiętrowymi oficynami, wyglądało jak dno obszernej studni, napełnionej wonnym powietrzem. W każdym rogu były drzwi, a w jednym aż dwoje drzwi; pod oknem mieszkania stróża znajdował się śmietnik i wodociąg. Wokulski mimochodem spojrzał w klatkę głównych schodów, do których prowadziły szklane drzwi. Schody zdawały się być mocno brudnymi; za to obok znajdowała się nisza, a w niej — nimfa z dzbankiem nad głową i utrąconym nosem. Ponieważ dzbanek miał zabarwienie amarantowe, twarz nimfy żółte, piersi zielone, a nogi niebieskie, można było odgadnąć, że nimfa stoi naprzeciw okna posiadającego kolorowe szyby.

„No, tak!…” — mruknął Wokulski tonem, który nie zdradzał zbyt wielkiego zachwytu.

Obserwacja ludzi z perspektywy podwórza dostarcza Wokulskiemu interesujących doznań. Słyszy on różne dźwięki, krzyki i nawoływania – jakby była to parodia spektaklu operowego lub naśladowanie targowiska. Dochodzą do tego strzępy zdań, do których Wokulski i czytelnik chętnie dopowiedziałby brakujące elementy.

Wszedł na podwórko i oglądał się. Prawie wszystkie okna były otwarte. W tylnej oficynie na dole była pralnia zatytułowana paryską; na trzecim piętrze było słychać kucie szewskiego młotka, poniżej na gzemsie gruchało parę gołębi, a na drugim piętrze tej samej oficyny od kilku minut rozlegały się miarowe dźwięki fortepianu i krzykliwy sopran śpiewający gamę:

— A!… a!… a!… a!… a!… a!… a!… a!…

Wysoko nad sobą, na trzecim piętrze, Wokulski usłyszał silny bas męski, który mówił:

— O! znowu zażyła kussiny… Już z niej wyłazi soliter… Marysiu!… chodź no do nas…

Jednocześnie z okna na drugim piętrze wychyliła się głowa kobiety wołającej:

— Marysiu!… wracaj mi zaraz do domu… Marysiu!…

„Słowo daję, że to pani Krzeszowska” — szepnął Wokulski.

W tej chwili usłyszał charakterystyczny szelest: z trzeciego piętra padł strumień wody, trafił na wychyloną głowę pani Krzeszowskiej i rozprysnął się po podwórku.

— Marysiu!… chodź do nas… — wołał bas.

— Nikczemnicy!… — odpowiedziała pani Krzeszowska odwracając twarz w górę.

Nowy strumień wody lunął z trzeciego piętra i zatamował jej mowę. Zarazem wychylił się stamtąd młody człowiek z czarnym zarostem i zobaczywszy cofającą się fizjognomię pani Krzeszowskiej zawołał pięknym basem:

— Ach, to pani dobrodziejka!… Bardzo przepraszam…

Odpowiedział mu z mieszkania pani Krzeszowskiej spazmatyczny płacz niewieści:

— O, ja nieszczęśliwa!… Przysięgnę, że to on, nikczemnik, nasadził na mnie tych bandytów… Wywdzięcza mi się, żem go wydobyła z nędzy!… Żem kupiła jego konia!…

Tymczasem na dole praczki prały bieliznę, na trzecim piętrze szewc kuł, a na drugim w tylnej oficynie dźwięczał fortepian i rozlegała się wrzaskliwa gama:

— A!… a!… a!… a!… a!… a!… a!… a!…

„Wesoły dom, nie ma co…” — szepnął Wokulski otrzepując krople wody, które mu spadły na rękaw.

Wszystko to jest obecne w filmie Hitchcocka: fortepian, rozśpiewka, drobne nieporozumienia, a nawet spuszczanie psa na spacer za pomocą specjalnego kosza.

To jednak nie koniec podobieństw między powieścią Prusa a Oknem na podwórze. Przyjrzyjmy się relacji Rzeckiego zanotowanej w Pamiętniku starego subiekta:

I oto, com zobaczył… W jednym z okien Maruszewicza uchyliła się roleta i przez szparę z boku można było dojrzeć, że ktoś patrzy w naszą stronę.

„Szpieguje nas ten poczciwiec!” — pomyślałem. Zwróciłem oczy ku drugiemu piętru od frontu. Masz pociechę!… W najdalszym pokoju pani baronowej Krzeszowskiej oba lufciki otwarte, a w głębi widać… ją samą, jak przypatruje się lokalowi pani Stawskiej przez teatralną lornetkę.

„Że też Pan Bóg nie ukarze tej jędzy…” — rzekłem do siebie, pewny, że z tego lornetkowania wyniknie kiedy skandal.

Modliłem się nie na próżno. Kara boska już wisiała nad głową intrygantki, w postaci śledzia, który wysuwał się z lufcika na trzecim piętrze. Śledzia owego trzymała jakaś tajemnicza ręka, odziana w granatowy rękaw ze srebrnym galonem, spoza ręki zaś co kilka sekund wychylała się mizerna twarz ze złośliwym uśmiechem.

Nie trzeba było mojej przenikliwości, ażeby zgadnąć, że był to jeden z nie płacących komornego studentów, który tylko czekał na ukazanie się baronowej w lufciku, ażeby na nią puścić śledzia.

Ale baronowa była ostrożna, więc mizerny studencina nudził się. Przekładał opatrznościowego śledzia z jednej ręki do drugiej i zapewne dla zabicia czasu robił bardzo nieprzystojne miny do dziewcząt z paryskiej pralni.

Właśnie kiedy zastanawiałem się, że zamach, przygotowywany na baronowę przez studenta ze śledziem, spełznie na niczym, Wokulski wstał z krzesła i zaczął żegnać damy.

— Tak prędko panowie odchodzą! — szepnęła pani Stawska i w tej chwili ogromnie zmieszała się.

— Może panowie będą łaskawi częściej… — dodała pani Misiewiczowa.

Albo tej:

Jednego wieczora, zaraz po ósmej, poszedłem do tych pań. Pani Stawska swoim zwyczajem w ostatnim pokoju odrabiała lekcje z jakimiś panienkami, a pani Misiewiczowa z Helunią… znowu swoim zwyczajem siedziały w oknie. Nie rozumiem, co mogły widzieć po nocy, ale że ich wszyscy widzieli, to pewne. Nawet przysiągłbym, że pani baronowa w jednym ze swoich nie oświetlonych okien siedzi z lornetą i penetruje pierwsze piętro, bo rolety jak zwykle nie były zasunięte.

Cofnąłem się tedy za firankę, ażeby choć mnie ta poczwara nie widziała, i prosto z mostu pytam pani Misiewiczowej:

— Bez obrazy pani dobrodziejki, dlaczego panie tak ciągle siedzicie w oknach?… To niedobrze…

— Ja się cugów nie boję — odparła szanowna dama — a mam w tym wielką przyjemność. Bo imaginuj sobie pan, co Helunia odkryła. Czasami okna bywają w takim porządku oświetlone, że układa się z nich jakby abecadło… Heluniu! — zwróciła się do dziecka — a nie ma tam jakiej literki?…

— Jest, babciu, i nawet dwie. Jest H i jest T.

— Prawda! — potwierdziła staruszka. — Jest H i jest T. Niechże pan spojrzy…

Spojrzałem. Istotnie, naprzeciw nas były oświetlone dwa okna na trzecim piętrze, trzy na drugim i dwa na pierwszym w taki sposób, że tworzyły znak: H

Zaś w tylnej oficynie pięć okien trzeciego piętra, jedno drugiego, jedno pierwszego i jedno na parterze, również oświetlone, tworzyły znak: T

— Przez te okna, panie — mówiła babcia — (choć rzadko układają się z nich literki) Helunia nabrała ciekawości do abecadła, a i teraz jeszcze bawi się najlepiej, jeżeli potrafi złożyć z oświetlonych okien jakąś formę. Dlatego nawet nie zapuszczamy rolet wieczorem.

Wzruszyłem ramionami, bo i jakże tu bronić dziewczynce, ażeby wyglądała oknem, jeżeli się ona tym tak ładnie bawi!

Jefferies przygląda się cudzym mieszkaniom ze szczególnym zainteresowaniem właśnie po zmroku – wtedy trafia na trop prawdopodobnego morderstwa, ale również obserwuje „pannę samotne serce” mieszkającą na parterze. Przecież Stawska to również kobieta osamotniona, a (wątpliwe) oskarżenie jej o kradzież lalki zostało wysunięte przez największego podglądacza w kamienicy Łęckich – Maruszewicza. Jefferies angażuje do podglądania innych bohaterów – zakochaną w nim Lisę, pielęgniarkę Stellę, a nawet porucznika Thomasa Doyle’a. A w Lalce Rzecki wspomina taką scenę:

Cwałuję tedy na ulicę, buch! w dorożkę, jadę jak trzy lokomotywy i wpadam jak raca kongrewska do tej pięknej, tej szlachetnej, tej nieszczęśliwej, tej od wszystkich opuszczonej pani Heleny. Mam pełne piersi wesołych okrzyków i otwierając drzwi chcę zawołać ze śmiechem: „Kpijcie, panie, z całego świata!…” Wtem wchodzę i — cały mój dobry humor zostaje za progiem.

Bo proszę sobie wyobrazić, com znalazł. W kuchni Marianna ma zawiązaną głowę i obrzmiałą fizjognomię, niewątpliwy dowód, że była dziś w cyrkule. Na kominie ciemno, naczynia od obiadu nie pozmywane, samowar nie nastawiony, a nad spuchniętą biedaczką siedzi stróżowa, dwie służące i mleczarka, z minami jak na pogrzebie.

Chłód przeleciał mi po kościach, ale wchodzę do salonu.

Prawie ten sam widok. Na środku siedzi w fotelu pani Misiewiczowa, również z obwiązaną głową, a dokoła niej pan Wirski, pani Wirska, właścicielka paryskiej pralni, która znowu pokłóciła się z baronową, i jeszcze jakichś parę dam, które rozmawiają półgłosem, ale za to ucierają nosy o całą oktawę wyżej aniżeli w codziennych okolicznościach. Na domiar spostrzegam pod piecem panią Stawską, która siedzi na stołeczku biała jak kreda.

Słowem, atmosfera katakumbowa, twarze blade lub żółte, oczy załzawione, nosy zaczerwienione. Tylko Helunia trzyma się jako tako. Siedzi przy fortepianie ze swą dawną laleczką i jej rękoma od czasu do czasu uderza w klawisz mówiąc:

— Cicho, Zosiu, cicho… Nie graj, bo babcię głowa boli.

Proszę dodać do tego przyćmione światło lampy, która trochę filuje, i… poodsłaniane rolety, a każdy pojmie, jakie mnie uczucia ogarnęły.

Ujrzawszy mnie pani Misiewiczowa zaczęła wylewać chyba już resztki łez.

— Ach, więc przyszedłeś, szlachetny panie Rzecki?… nie wstydzisz się biednych kobiet okrytych hańbą?… O, nie całuj że mnie w rękę!… Nieszczęśliwa nasza rodzina… Niedawno Ludwiczek posądzony, a teraz na nas przyszła kolej… Musimy się stąd wynieść choćby na koniec świata… Mam pod Częstochową siostrę, tam pojedziemy dokonać złamanego życia…

Szepnąłem Wirskiemu, ażeby delikatnie wyprosił stąd gości, i zbliżyłem się do pani Stawskiej.

— Wolałabym nie żyć… — rzekła mi na powitanie.

Wyznaję, że po kilkuminutowym pobycie zupełnie skołowaciałem. Byłbym przysiągł, że pani Stawska, jej matka, a nawet jej obecne tu przyjaciółki są naprawdę zhańbione i że nam wszystkim nie pozostaje nic innego, tylko śmierć. Pragnienie śmierci nie przeszkodziło mi jednak poprawić filującej lampy, która zaczęła już cały pokój zasypywać delikatną, ale bardzo czarną sadzą.

— No, moje panie — odezwał się nagle Wirski — wynośmy się stąd, bo pan Rzecki musi pogadać z panią Stawską.

Wizytujące damy, w których współczucie nie osłabiło ciekawości, oświadczyły, że i one mogą z nami pogadać. Ale Wirski tak zamaszyście zaczął podawać im salopy, że zakłopotane biedaczki ucałowawszy panią Stawską, panią Misiewiczowa, Helunię i panią Wirską (myślałem, że w końcu zaczną całować krzesełka) wyniosły się nareszcie i nadto zmusiły małżonków Wirskich do wyjścia razem z nimi.

— Kiedy sekret, to sekret — rzekła najrezolutniejsza z nich. — Państwo także nie jesteście tu potrzebni.

Nastąpił nowy atak pożegnań, pocałunków, pocieszeń i ledwie że wyszli na złamanie karku całą bandą, ceremoniując się jeszcze we drzwiach i na schodach. Ach, te baby!… Czasem myślę, że Pan Bóg po to stworzył Ewę, ażeby obmierzić Adamowi pobyt w raju.

Myślę, że uwagi Prusa o odsłoniętych roletach nie są przypadkowe. Ciasna przestrzeń kamienicy Łęckich, w której skoncentrowane są różne charaktery, ludzkie dramaty i komiczne przyzwyczajenia to soczewka, w której skupia się cała otaczająca nas rzeczywistość. Rolety – zasłonięte bądź nie – symbolizują naszą intymność i intymność ludzi, którzy nas otaczają. Bardzo łatwo przychodzi nam wtrącanie się w życie innych, a równocześnie dopuszczanie, by inni czynili wobec nas tak samo. W filmie jest to problem głównego bohatera, który z powodu wypadku został unieruchomiony na kilka tygodni i skazany na przymusową bezczynność. W Lalce wścibskość jest cechą jednego z najczarniejszych charakterów, czyli Maruszewicza, ale odkrywamy, że zwłaszcza Rzecki rozdarty jest między ochroną intymności sakralizowanej przezeń pani Stawskiej a… własną ciekawością.

Powyższe rozważania mogą być wskazówką do napisania wypracowania na poziomie rozszerzonym w stylu „sposoby i funkcje kreacji przestrzeni w utworze literackim”. Przestrzeń ciasna i ograniczona zawsze będzie nośnikiem wielu znaczeń i koncentrować w sobie dużo napięć fabularnych. Inne przykłady: bronowicka chata w Weselu, miejsce akcji Tanga, a nawet więzienie w Dziadach cz. III.

Źródło ilustracji: https://celluloidwickerman.com/2014/05/26/sounds-of-the-city-defining-the-metropolis-in-alfred-hitchcocks-rear-window-1954/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na moją stronę internetową i prowadzenie statystyk odwiedzin.