Między ruinami bardzo lubię słuchać legend. Nad Renem pełno tego…

Stanisław Wokulski marzy o prawdziwej miłości. Już minął prawie rok, odkąd nieustannie myśli o Izabeli Łęckiej. Akcja Lalki przeniosła się do Zasławka i Zasławia. Tu ma miejsce najbardziej szczere wyznanie jego uczucia. Czy dwa tak odmienne światy wreszcie się do siebie ostatecznie zbliżyły? Scena z mojego ulubionego rozdziału powieści Prusa – moim zdaniem – nie tylko mówi o miłości, lecz także o obcowaniu z literaturą, która kształtuje wyobrażenie o miłości.

Czytamy drugi tom powieści Prusa. Znajdujemy się wewnątrz – moim zdaniem – najważniejszego rozdziału całej książki, który nieprzypadkowo nosi tytuł Lasy, ruiny i czary. Trudno o bardziej romantyczną scenerię, w której odwieczna natura stopniowo pochłania wytwory człowieka:

Dopiero o wiorstę za miastem, w południowej stronie, leżała grupa wzgórz. Na jednym stały ruiny zamku, składające się z dwu wież sześciokątnych, gdzie ze szczytów i okien zwieszały się bujne zielska; na drugim rosła kępa starych dębów.

Do Zasławia udało się brekiem „całe towarzystwo”: Starski, panna Felicja, Wokulski i Łęcka. W pewnym momencie Stanisław i Izabela odłączają się od towarzystwa w asyście Węgiełka, który wprowadza ich do ruin zamku i opowiada miejscową legendę. Historia w swojej warstwie dosłownej może wydawać się momentami absurdalna: gdzieś na dnie potoku, pod ciężkim i ogromym kamieniem, śpi „panna, może nawet jaka hrabini”. Oczekuje ona mężczyzny, który wyzwoli ją z tego snu i wyciągnie złotą szpilkę tkwiącą w jej głowie. Pewnego razu, gdy około Wielkanocy kamień odsłonił się i ukazał piękną kobietę, ujrzał ją miejscowy kowal. To doświadczenie całkowicie zmieniło jego życie:

Od tego dnia mój kowal nie mógł sobie miejsca znaleźć na świecie. Robota leciała mu z ręki. Gdzie nie spojrzał, widział ino potok jak szybę, a za nią pannę, której łzy płynęły. Aż pomizerniał, bo go coś ciągle trzymało za serce rozpalonymi obcęgami. Zwyczajnie zamroczyło go.

Kiedy – usłyszawszy radę mądrej „baby, co znała się na ziołach” – udał się podczas kolejnego cudownego odsłonięcia kamienia, by wyswobodzić „księżniczkę”, pokonał wszystkie strachy i przeszkody, ale zląkł się krwi, która ukazała się podczas wyciągania szpilki. Dziewczyna powiedziała dość obcesowo:

— Czego mi ból robisz, człowieku!…

Konsekwencje okazały się tragiczne – potok wysechł, a na pół rozbudzona księżniczka do końca świata będzie płakać zamknięta pod ziemią.

Wytłumaczenie tej legendy jest bardzo proste. Węgiełek nieświadomie streścił całe życie Wokulskiego za pomocą alegorii. Co to znaczy, że kowal „nie mógł sobie miejsca znaleźć na świecie”, skoro jego światem jest tylko Zasław? To przecież Wokulski w Irkucku, na Bałkanach, w Warszawie, w Paryżu… Można nawet stwierdzić, że Węgiełek dopowiedział ciąg dalszy dziejów samego Wokulskiego. Jednak Stanisław – zgodnie z sensem tytułu rozdziału – wśród lasów i ruin trwa w zaczarowaniu:

Wzruszenie, którego był świadkiem, i jedno nic nie znaczące jej słówko rozproszyło wszystkie jego obawy. Ogarnęło go spokojne zamyślenie, w którym nie tylko Starski, ale całe towarzystwo zniknęło mu sprzed oczu.

Początkowo wydaje się nie wyczuwać fałszywości reakcji Izabeli. Ona bowiem nie potrafi wzruszyć się legendą ani baśnią, ponieważ słyszała i czytała już tysiące podobnych historii dla zabicia czasu, jak sama stwierdziła: „nad Renem pełno tego”. Jej komentarz po wysłuchaniu opowieści Węgielka to czysty, kurtuazyjny formalizm, puste stwierdzenie, ujawniające prawdziwe uczucia – znudzenie i głód:

— Słyszeliśmy nadzwyczajną historię!… — odpowiedziała panna Izabela. — Doprawdy, nigdy nie myślałam, że w tym kraju mogą istnieć podobne legendy i że mogą je w tak zajmujący sposób opowiadać ludzie prości… Cóż nam dasz na obiad, kuzynie? Ach, ten chłopak jest niezrównany!… Poproście go, ażeby ją wam powtórzył…

Zaczarowany Wokulski może nawet nie zrozumiał pełnego sensu alegorycznego legendy Węgiełka, ale to, co było najistotniejsze w tamtym momencie, doskonale pojął. Dlatego swoje pytanie sformułował:

Obudzisz się, ty, moja królewno…

Odpowiedź Izabeli „Nie wiem… może…” kryje w sobie różne odcienie znaczeniowe: zakłopotanie, rozmarzenie, ale moim zdaniem to po prostu znudzenie i oczekiwanie dalszej atrakcji, którą za moment zapewni Starski.

Ciekawe, kto z obojga bohaterów Lalki – Stanisław czy Izabela – przeczytał w swoim życiu więcej książek. Zaryzykuję stwierdzenie, że Łęcka pochłaniała lektury kilogramami, jednak nie wnikały one jej wnętrza, a jedynie prześlizgiwały się po jej płaskiej, salonowej uczuciowości. Zresztą jej sposób percepcji świata odpowiadałby takiemu pobieżnemu czytaniu: rzeczywistość jest dla niej dwuwymiarowa, jawi się jako scenografia, którą w każdej chwili można zmienić na inną, gdy ją znuży lub trzeba pójść na obiad (dodajmy – o drugiej w nocy):

Ten świat wiecznej wiosny, gdzie szeleściły jedwabie, rosły tylko rzeźbione drzewa, a glina pokrywała się artystycznymi malowidłami, ten świat miał swoją specjalną ludność. Właściwymi jego mieszkańcami były księżniczki i książęta, hrabianki i hrabiowie tudzież bardzo stara i majętna szlachta obojej płci. Znajdowały się tam jeszcze damy zamężne i panowie żonaci w charakterze gospodarzy domów, matrony strzegące wykwintnego obejścia i dobrych obyczajów i starzy panowie, którzy zasiadali na pierwszych miejscach przy stole, oświadczali młodzież, błogosławili ją i grywali w karty. Byli też biskupi, wizerunki Boga na ziemi, wysocy urzędnicy, których obecność zabezpieczała świat od nieporządków społecznych i trzęsienia ziemi, a nareszcie dzieci, małe cherubiny, zesłane z nieba po to, ażeby starsi mogli urządzać kinderbale.

Wokulski – przeciwnie: uważam, że przeczytał znacznie mniej niż Izabela, ale do głębi te lektury przeżył, zinternalizował. Jego lektura była niespieszna i skłaniała go do głębokich rozmyślań, konfrontacji z samym sobą. Przeżywając wersy Mickiewicza tracił on poczucie czasu. Przecież nie rzuca się o ścianę książką, która nie wywołała żadnej emocji, żadnej refleksji. A tym bardziej nie składa się jej z powrotem z wyrazem nabożnej czci i wzruszenia. Taką ambiwalentną reakcję wywołał fragment sonetu odeskiego Mówię z sobą, który przytaczam bezpośrednio za Mickiewiczem:

Zrywam się, biegę, składam na pamięć wyrazy,
Którymi mam złorzeczyć okrucieństwu twemu,
Składane, zapomniane, po milion razy…

Ale gdy ciebie ujrzę, nie pojmuję, czemu
Znowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy,
Aby goreć na nowo — milczeć po dawnemu. 

Sześć wersów sonetu, które wyrażają paradoks miłości (odi et amo): słowa i milczenie, rozgorączkowanie i spokój, zimno i upał. Znacznie więcej treści i prawdy niż w wariantach legend, których pełno „nad Renem”. Co zrobił Wokulski po przeczytaniu tych słów w pokoju hotelowym w Paryżu i odebraniu listu od Prezesowej? Natychmiast ruszył do Warszawy, a następnie do Zasławka. I tak kończy się rozdział o znamiennym tytule Widziadło. Pozostajemy z nierozstrzygniętą kwestią, co jest prawdą, a co widziadłem: metal Geista (nauka i rozum Wokulskiego) czy słowa Mickiewicza głęboko zadomowione w sercu Stanisława.

W tym kontekście interesujące są słowa Prezesowej, które dzień przed wyjazdem z Zasławka do Zasławia skierowała do Stanisława:

— Nie wiem, kto tam napisał, że człowiek jest wtedy najszczęśliwszy, kiedy dokoła siebie widzi to, co nosi w sobie samym… Ale ja mówię, że mniejsza, dlaczego jest szczęśliwy, byle nim był…

Adam Mickiewicz. To jest to, co Wokulski widzi w sobie samym i czego szuka w otaczającym go świecie i ludziach. A biografia wieszcza jest kluczem do zrozumienia sytuacji egzystencjalnej samego Stanisława. Zresztą utwór Do M***, którego cztery wersy zostały wykute w kamieniu, powstał w roku 1823 – w tym samym, kiedy Mickiewicz wydał IV część Dziadów, w której Gustaw opowiada o swojej nieszczęśliwej miłości i samobójstwie. Możemy zresztą przeprowadzić taką paralelę:

Adam MickiewiczMaryla WereszczakównaWawrzyniec Puttkamer
Stanisław WokulskiIzabela ŁęckaKazimierz Starski

Skoro Węgiełek okazał się prorokiem, równie prorocze i oczywiste w świetle Dziadów cz. IV jest zakończenie rozdziału Lasy, ruiny i czary:

Na kamieniu już był wyryty czterowiersz. Wokulski przeczytał go kilka razy i zatrzymał wzrok na słowach:

Zawsze i wszędzie będę ja przy tobie…

„A jeżeli nie?…” — szepnął.

Na myśl o tym opanowała go rozpacz. W tej chwili miał jedno tylko pragnienie: ażeby ziemia rozstąpiła się pod nim i pochłonęła go razem z tymi ruinami, z tym kamieniem i z tym napisem…

Wszystko albo nic. Prawda lub złudzenie. Eros albo Tanatos.

Wokulski w ruinach zamku przypomina mi trochę jednego z bohaterów lirycznych mojej ulubionej piosenki Anny Jurksztowicz i Krzysztofa Napiórkowskiego Swój kawałek nieba. Mężczyzna śpiewa:

Czasem człowiek pragnie baśni
I nic złego nie ma w tym.
Baśń jest po to, by rozjaśnić,
By nauczyć, kto jest kim.
I jak odkryć własne barwy
Gdy dokoła tysiąc farb.
Jak odnaleźć ścieżkę, która
Wiedzie, gdzie ukryty skarb.

Kobieta jednak odpowiada:

Lecz się w baśniach mieszkać nie da,
Kto próbuje, robi błąd.
Z życiem właśnie taka bieda,
Że się nie da uciec stąd.
Ten jest bowiem świat prawdziwy,
W którym słońce rzuca cień,
I gdzie wróżka – smutne dziwy –
Żyje tylko jeden dzień.

Paradoks polega jednak na tym, że Wokulski doskonale rozumie „świat prawdziwy” i mechanizmy nim rządzące – do pewnego momentu. Mógłby się w takim świecie doskonale zadomowić, a nawet kształtować go. Trudno natomiast być wiecznie rozdartym między tymi obiema tak różnymi od siebie rzeczywistościami: jednej wyidealizowanej na podstawie lektury, drugiej usankcjonowanej przez pieniądz – prędzej czy później Wokulskiego czeka konfrontacja i rozczarowanie (deziluzja):

Dusza zawsze chce do raju,
Chociaż rzadko wie, gdzie ów,
Więc się miota na rozstaju
realności oraz snów.
A gdy czerwień serca blaknie,
I piach zgrzyta w trybach kół,
Ciało również szczęścia łaknie,
Choć na chwilę. Chwili pół.

Lecz nim się spostrzeżesz, że to
Miraż, fantom, mara, zwid
Leżysz w rowie tuż przed metą,
Gdzie cię pieści tylko wstyd.
Amor różne ma oblicza,
Bywa też, że traci twarz
I zbyt drogo nas podlicza.
Bożek-trefniś. Bożek-łgarz.

Tych kilka wskazówek może się okazać pomocnych do napisania wypracowań na poziomie rozszerzonym na tematy o tradycji literackiej (zwłaszcza o roli tradycji romantycznej i romantycznych stylów/wzorców zachowań w kreowaniu postaci literackiej), a także o synkretyzmie i jego funkcjach (baśń wpleciona w powieść) oraz o roli konwencji baśniowej, alegorii czy nawet paraboliczności w budowaniu sensów utworu literackiego. Wszystko zależy od polecenia i postawionej tezy. Zachęcam do pogłębienia tej kwestii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na moją stronę internetową i prowadzenie statystyk odwiedzin.