Każde dziecko zna tę frazę na pamięć nawet po łacinie: cogito ergo sum. Pięknie brzmi, ale co się za nią kryje? Dlaczego wyznacza ona początek kopernikańskiego przewrotu w filozofii i co w niej jest potencjalną pułapką? Ostatecznie tę kwestię rozstrzygnie – odkrywany teraz przeze mnie – Thomas Merton.
Kartezjusza kojarzymy z układem współrzędnych oraz podręcznikami do języka polskiego i filozofii. Myśliciel ten, żyjący w I połowie XVII wieku, uważany jest za ojca nowożytnej filozofii. Dokonał on radykalnego przewrotu z metafizyki w stronę racjonalnej epistemologii: dotychczas punktem wyjścia filozofii była obiektywna rzeczywistość, teraz stała się nim świadomość „ja” myślącego, a konkretnie to, co nazwał on res cogitans („rzecz myśląca”).
Trzeba jednak pamiętać, że cogito ergo sum to koniec rozumowania Kartezjusza, którego początkiem jest dubito – wątpię (stąd angielskie doubt). Kartezjańska metoda polega właśnie na wątpieniu. Wątpienie służyło mu jako narzędzie do odrzucenia wszelkich niepewnych przekonań, aby odnaleźć prawdę absolutną, której nie da się podważyć. Kiedy jednak zwątpię absolutnie we wszystko, musi pozostać choć jedna rzecz niepodważalna. Tłumaczy to tak: skoro wątpię, to znaczy, że myślę; jeśli myślę, to znaczy, że istnieję jako istota świadoma. Dlatego tą istotą świadomą jest res cogitans („rzecz myśląca” – umysł) przeciwstawiona res extensa – „rzeczy rozciągliwej” (ciału i materii).
To wszystko ma gigantyczne konsekwencje dla koncepcji człowieka (antropologii filozoficznej): wymiar cielesny, odtąd podległy prawom mechaniki jak wszystko inne, co „rozciągliwe”, uniezależnia się od aspektu umysłowego lub duchowego. Otwiera to nowe możliwości przed medycyną, której przedmiotem zainteresowania zaczyna być funkcjonowanie ludzkich narządów i mechanizmów, na przykład krążenia krwi. Jednak nie ma tu mowy o duszy, czyli elemencie integrującym człowieka w całość; fenomeny psychiczne funkcjonują tu zupełnie niezależnie od ciała. Konsekwencje tego widzimy również dziś – skoro człowiek zgodnie z koncepcją Kartezjusza jest istotą tak skrajnie dualistyczną, leczenie ciała przestało iść w parze z uzdrawianiem psychiki czy troską o duszę. Współczesna psychiatria to w dużej mierze nowoczesna farmakoterapia, która wymaga świetnej znajomości interny, kardiologii, neurochirurgii…
Co więcej, Bóg okazuje się w tej koncepcji niepoznawalny, czyli staje się Bogiem deistów. Prosta droga do różnych bezdroży i dramatów współczesnego człowieka, dla którego świat – i Bóg – staje się kompletnie głuchy.
Poza konsekwencjami antropologicznymi nie można zapominać o skutkach epistemologicznych. Skoro punktem wyjścia filozofii Kartezjusza jest „ja” (podmiot), a nie zewnętrzna rzeczywistość, wiedzę buduje się poprzez rozum (racjonalizm), a nie zmysły, które są zwodnicze, skoro szukają oparcia w świecie zewnętrznym, w którego istnienie właśnie zwątpiliśmy. Każde nasze działanie da się racjonalnie wyjaśnić – ale czy to zawsze jest działanie rozumne…?
Podczas gdy uważa się filozofię Kartezjusza za filozofię racjonalistyczną (co prawda opartą na pokracznych założeniach, ale – mimo wszystko – będącą w miarę logicznym, czyli racjonalnym systemem), późniejsi myśliciele pójdą dalej w negowaniu istnienia rzeczywistości: tak narodziła się filozofia idealistyczna, którą reprezentowali Immanuel Kant oraz Georg Wilhelm Friedrich Hegel. Ich myśl wyjaśnia, na czym polega światopogląd epoki romantyzmu, ale zawiera inne pułapki, które rzutują na współczesne myślenie. Weźmy chociażby Kantowski subiektywizm: przedmioty muszą być zgodne z naszym poznaniem, czyli umysłem, a nie nasze poznanie z przedmiotami (stąd już tylko krok do zanegowania klasycznego pojęcia prawdy!) lub Heglowską dialektykę, z której wywodzi się marksizm.
Ilekroć wprowadzam Kartezjusza na lekcjach, zwracam uwagę na to, jak brzemienna w skutkach (i niezwykle toksyczna) okazała się jego rewolucyjna myśl wyrażona w pozornie niewinnym cogito, ergo sum. Akurat dziś, wgłębiając się dalej w Siedmiopiętrową górę Thomasa Mertona, znalazłem (wreszcie) przekonujące wykazanie, dlaczego punkt widzenia Kartezjusza jest absurdalny. Autor tak wspomina swoją edukację na poziomie licealnym w Oakham, po przeprowadzce z Francji do Wielkiej Brytanii:
Miałem kilku różnych katechetów w tej jednej godzinie na tydzień przeznaczonej na naukę religii (poza codziennym nabożeństwem w kaplicy). Pierwszy z nich przebrnął tylko przez Drugą Księgę Królewską. Drugi, niski, toporny, pochodzący z okolic Yorku, miał tę zaletę, że wypowiadał się zawsze jasno i otwarcie. Wyjaśniał nam kiedyś dowód Kartezjusza na istnienie własne i Boga. Powiedział nam, że jeśli chodzi o jego osobę, to jest fundament, na którym opiera się cała jego religia. Przyjąłem twierdzenie Cogito ergo sum z mniejszymi zastrzeżeniami, niż można się było spodziewać, chociaż mogłem mieć na tyle zdrowego rozsądku, żeby zdać sobie sprawę, iż dowodzenie tego, co jest samo w sobie oczywiste, musi być z konieczności iluzją. Jeżeli nie przyjmiemy oczywistych pierwszych zasad jako podstawy do wyprowadzania wniosków, które nie są bezpośrednio oczywiste, to jak potrafimy zbudować jakąkolwiek filozofię? Jeśli musisz dowodzić nawet podstawowych tez twojej metafizyki, nie będziesz mógł dojść do żadnej metafizyki, bo nigdy nie otrzymasz na nic ścisłego dowodu. Twój pierwszy dowód doprowadzi cię do nieskończonego cofania się, dowodząc, że dowodzisz tego, co dowodzisz, i tak dalej, aż do ciemności zewnętrznych, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. Jeśli Kartezjusz uważał za konieczne wywodzenie własnej egzystencji z faktu swego myślenia, twierdząc, że ta myśl musi istnieć w jakimś podmiocie, jakże dowiódł w pierwszym rzędzie, że myśli? A co do drugiego członu tego rozumowania, że Bóg musi egzystować, ponieważ Kartezjusz miał o Nim jasne pojęcie — to nigdy on nie przemawiał mi do przekonania — ani wtedy, ani później, ani teraz. Są inne dowody na istnienie Boga, o wiele bardziej przekonujące.
Cóż – mnie przekonał. Nie wiem, jak czytelników, ale to już zostawiam ich wolnemu, racjonalnemu osądowi.
